RSS
poniedziałek, 17 września 2007
15-16.09.2007 - Pionek, Gliwice

Do Gliwic, choć jechaliśmy przez Olkusz, dotarliśmy dość szybko. Cudem udało się zaparkować, choć na forum rozpiska była - jakoś się nie mogliśmy znaleźć. Następnie średnio miła niespodzianka - Pionek na 3 (słownie: trzecim) piętrze! I bez windy. Tym niemniej - kondycje rozwinęliśmy, bieganie na papierosa ograniczyło się do minimum, więc wyszło na plus. Minusem był brak toalety na piętrze, więc trzeba było niestety zapodawać dwa piętra niżej.
Na sali nie imponowała frekwencja - nie ma się jednak co dziwić, bo była przecież 10 rano, więc początek imprezy. I jak na każdym Pionku: mnóstwo gier (więcej stołów, więc przynajmniej żaden nie padł), Ignacy krzyczący coś w ogólnym zgiełku i atmosfera już gęsta od emocji. Zaakredytowaliśmy się
[mała dygresja: skoro już identyfikatory na Pionka były pisane flamastrem, który mnie osobiście się zmazał do wieczora - może warto by było pomyśleć o ich uniwersalności: tzn nie wpisywać dat. Wydaje mi się jednak, że wystarczy kilkadziesiąt naklejek takich właśnie uniwersalnych wydrukować, a ludziom dać możliwość identyfikatory załatwić samemu - jak było ostatnio.]
 i udało się nam dopaść "Mall of Horror". Jako że Piterek z Żoną dopiero wyjeżdżali - do rozgrywki było nas pięć osób: Marta. Hatar, Kris (z którymi przyjechałem), Ronczi i ja. Gra jak zwykle krwawa, twarda, ciężkie negocjacje i zombiaki mnożące się partiami. Usiadłem doskonale - bo większość gry Marta była szefem ochrony, a ja siedziałem po prawej - dzięki czemu unikałem śmierci łatwo. Wyżebrałem parę kart, knując z boku intrygi i tak też okazało się, że zostało nas dwóch z pełną liczbą pionków - Kris i ja. Reszta miała po jednym (tekst Krisa wziąłem sobie do serca: BYWAM lojalny:) ), a Kris zorientował się, że stoi ze mną w markecie, gdzie wchodzą Zombiaki, a ja mam 3 pionki na jego 2. Potem jeszcze nie dałem się zabić (zabiłem się sam, głosując na siebie) i tak oto Hatar z Ronczim wykaszając Krisa na parkingu spowodowali że wygrałem. Pierwszy raz:)
 Kompletnie nie poszło mi za to w "Cash'n'Guns". Za pierwszym razem nazbierałem jakieś marne pieniądze (40.000?), za drugim zostałem przez Piterka (dotarli w międzyczasie) pomówiony o bycie policjantem. A porządny gangster ze mnie - co z samej paszczy widać przecież. Zginąłem zatem marnie, zająłem się zatem przeglądaniem oferty.
 Zanim zdążyłem coś wybrać, zaproszono mnie do gry "Loopin' Louie". Odkrycie Pionka IV, masakra, szok, wariactwo. Gra polega na tym, że specjalny mechanizm obraca ramieniem, na którego końcu zamocowany jest samolocik. Każdy z graczy przed sobą wystawia trzy żetony kur, które trzeba przeciwnikom zrzucić. Żeby samemu uniknąć straty kury - należy w odpowiednim momencie pacnąć przycisk przed sobą, który samolocik podbija. Ot, cała zabawa. Graliśmy na chwiejącym się stole, więc żetony spadały same, samolot wyprawiał cuda, a zaczynając automatycznie zrzucał mi kurę. Mimo to, choć zwykle przegrywałem z kretesem - skończyłem jako zwycięzca. Gra jest dla dzieci i po to, by dzieci grały została przywieziona. Stolik, na którym stała nigdy jednak nie był pusty, a większość grających nie pochodziła z kategorii wiekowej 7-12 lat. W mojej opinii średnia wahała się gdzieś około 30:) Naprawdę - genialne.
 Jakoś nam się grupa rozpadła - zostaliśmy zatem z Martą i Krisem. Dotarła do nas Aga, której z rok chyba nie widziałem. Na początek, ku rozruszaniu szarych komórek, zaproponowałem "Eiertanz". Grę opisywałem kilkakrotnie. Było mnóstwo śmiechu, masa chorych do wyobrażenia sobie pozycji oraz szaleństwo wokół stołu.
 Nieco zmęczeni usiedliśmy do "Blefa". Jako że gra jeszcze się pojawi, a przy tym zwykle jest cały czas na stronach tego bloga obecna - zostawmy na razie:)
Poznałem przy tym Michała Stajszczaka, chodzącą historię gier planszowych w Polsce. Znaliśmy się z forum, znaliśmy z maili i telefonów - poznaliśmy się realnie. Świetnie się z nim gra akurat w "Blef" - ciężkim jest graczem, ale jak każdy - do ogrania.
 Przysiedli się do nas Adam i Max, zatem przyniosłem "L'orcs pour les braves". Gra jest... zakręcona. Każdy dostaje dwie karty - z jego kolorem i dezercję. Następnie wybiera się rozdającego, który sam nie gra, ale ma wiele do gadania. Najpierw rozdaje karty na 11 kupek (grało nas 5 osób). W pewnym momencie z talii wyciąga kartę "Możliwa rekrutacja" i wtedy wszyscy jadą ze swoimi kartami armii, zajmując wg siebie najlepszą kupkę jedną kartą i drugą najlepszą - drugą. Oczywiście nie pamięta się co gdzie było, jest kompletne szaleństwo tym bardziej, że karty rozdaje się dalej i można komuś odrzucić karty dobre kartą "Dezercja". Można też sobie w ferworze walki, co się nieraz zdarzyło. Potem rozdający przegląda karty graczy wybierając swojego faworyta, który gra w jego imieniu, zarabiając punkty dla siebie i rozdającego. Punkty zdobywa się w bitwach: 1. i ostatniej - po 2, w pozostałych dwóch: po jednym. Jako że walczą cztery rasy (do każdej można dokładać najemników) bitew są cztery. Rozstrzyga się je prosto - mianowicie wykłada się karty rasy i modyfikatory plus najemników, liczy się ile czego kto ma - i kto ma najwięcej wygrywa. I znów zmieniamy rozgrywającego, znów jedziemy turę. Ignacy, tłumaczący nam zasady, powiedział, że na dłuższą metę gra jest nużąca i miał rację - zdecydowaliśmy że zamiast grać tyle tur, ilu graczy gramy do 10 punktów.
 Potem - na swoje nieszczęście - wygrzebałem "Ligretto Football". Nieszczęście, bo mocny głos mam i pomyśleć powinienem, że na poprzednim Pionku, gdzie gra była w użyciu non stop, krzyku było co nie miara. I tym razem inaczej nie było, ale przy założeniu gry nie da się. Na czym to polega - dzielimy się na dwie drużyny i bierzemy karty swojej. Te dzielimy pomiędzy siebie w drużynie. Każdy wykłada kartę na dwie kupki przed sobą. Gdy ktoś znajdzie "1" wykłada na stół. Na karcie znajduje się imię/imiona gracza/graczy, do których się podaje. Niektórzy mają narysowane na kartach z sobą gole - wtedy pada bramka. Gra polega więc na przekładaniu kart i wrzeszczeniu "Mario, Mario!!!":) Bardzo pierwszorzędna. Dwa mecze moja drużyna wygrała raz miażdżąco (5:2) drugim razem mniej (5:4) - strzeliłem 4 gole. Żeby nie przegrać, zmieniliśmy grę;) W końcu trzeba wiedzieć, kiedy ze sceny zejść niepokonanym...
Przesiedliśmy się do gry dużo spokojniejszej i przyjemniejszej: "Kakenlaker Poker". Gra jest bardzo podobna do "Blefa", tyle że zamiast kostek są potworki: nietoperze, szczury, robale. Po ustaleniu szczegółów nazw (małe, zielone: chrząszcz; duże, brązowe: chrabąszcz) zaczęliśmy grać. Daje się człowiekowi kartę zakrytą. Ten musi ocenić czy dostał to, co mu oferują czy nie. Jeśli chce (i ma komu, bo nie można z oczywistych względów dać temu od kogo się dostało) może kartę przekazać dalej. Wtedy podgląda co dostał i przekazuje z tą samą informacją, którą usłyszał lub zmienioną. Gracz znów może przekazać lub sprawdzać. Gdy sprawdza, mówi czy to, co usłyszał jest prawdą czy nie. Jeśli ma rację: karta wraca do podającego i ten ją przed sobą wykłada - jeśli nie - wykłada ją sprawdzający. Kto wyłożył kartę zaczyna następną kolejkę. Gra  kończy się, gdy zbierze się takich samych potworków 4. Haniebnie przegrałem, ale na osłodę zostało mi, że tak imponującej kolekcji świństw nie miał nikt.
 Od WC pożyczyłem jego samoróbkę "Time is money" i okazało się, że trafiłem w gust Marty. Opisywałem już gierkę wcześniej, więc tylko krótko: byłem drugi, a współgracze powiedzieli, że powtórka jednak może nie...;)
 Ostatnią grą Pionka tego dnia było "Um Krone und Kragen" - z konieczności nieskończone, bo Ignacy okazał się nieubłagany i wyrzucił nas z sali niedługo po 18. I tak wygrałaby Marta lub ja, ponieważ mieliśmy najwięcej kostek na ręce, z czego posiadałem 3 dwójki, więc myślę, że tak by się skończyło.
Podjechaliśmy zobaczyć nasz nocleg, zapłacić i zostawić rzeczy. Jako że umówiliśmy się na ciąg dalszy grania, a kwiatosz poprosił o "Blef" (mieliśmy grać z mistrzami Lublina), spakowaliśmy kilka gierek i pojechaliśmy na miejsce. Pizzeria "Capri" była dość w porządku - pizza smaczna i miejsca dużo. Gdyby panie jeszcze się ruszały trochę po sali byłoby pięknie, a tak po każde piwo trzeba było do baru hopkać.
Siedzieliśmy w kilka salach. W naszej (było nas 6) rozpoczęła się partia "Blue Moon City" przerwana tylko pizzą. W sali drugiej grano w "Bongo" - grę której kompletnie nie rozumiem, ale jakoś mnie nie boli. Z tłumaczenia Mattiego zostało mi tylko tyle, że zawsze szuka się tego, czego nie ma.
Przyniosłem "Blef" i jeszcze zanim zagraliśmy okazało się, że kolejną legendę poznałem: Małego Brzydkiego Pędraka, z którym umawiałem się wcześniej w Krakowie, ale nie udało się. Koniec końców rozpoczęliśmy pojedynek ogólnopolski (Warszawa, Lublin, Glwice, Kraków), który okazał się jednak pojedynkiem Kraków vs reszta świata, bo albo wygrywał ktoś z Krakowa (Piterek lub ja) lub nawet finał był czysto krakowski. Kwiatosz wycofał się szybko, więc usiadła na jego miejsce Marta, która zyskała miano "Krakowskiej Masakry Piłą Mechaniczną".
Po trzech grach, gdzie finał był tylko krakowski Piterek stwierdził, że nie będzie już dobijał wszystkich, więc poszedł, wpuszczając kolejnego gracza. Generalnie zrobiliśmy zatem swoje, nie tylko honoru Krakowa broniąc, ale wręcz poniżając inne miasta. Z tego co widziałem grana była "Manila" i "Boomtown".
 Po powrocie do kwatery przed spaniem jeszcze pacnęliśmy "Finstere Flure", kolejny sukces odnotowałem, bo wreszcie wyprowadziłem dwa pionki, co jeszcze nigdy się nie udało.

12:10, planshow
Link Dodaj komentarz »
16.09.2007 - Pionek, Gliwice, drugi dzień
Drugi dzień Pionka zaczął się wcześnie, bo od 9, nieśmiertelnym "Blefem".
 Po dojechaniu na miejsce postanowiliśmy sprawdzić warszawski przebój - czyli "
Pitchcara". Graliśmy w wersję mini co prawda, ale nic specjalnego. Gra polega na tym, by na torze pstrykać swój samochodzik, podobnie jak w starym, dobrym "Wyścigu pokoju" gdzie grało się kapslami, przyklejając na nich flagi państw i wpisując nazwiska zawodników. A grało się na podwórku, w piaskownicy, na chodnikach - gdzie tylko było można. Wracając do "Pitchcara" - po ułożeniu toru jest kwalifikacja - więc liczymy liczbę pstryknięć i tak mamy kolejność startu. Potem wyścig - gdy się wypada wraca się na miejsce, gdy się wyrzuci kogoś - tak samo, gdy się przewróci na dach - tak samo. Zasady więc proste, a sama rozgrywka... Ciekawa gra, ale jakoś nie porwała mnie totalnie, nie zrobiła wrażenia wielkiego, nie rzuciła na kolana.
Na kolana rzuciła mnie gra Folko, która NIESTETY (Ignacy, przyspiesz sprawę!!!!) wyjdzie dopiero w następnym roku: "Qubix". Na czym to polega: ano stoi sobie sześcianik z kolorowych klocków (5 kolorów). Klocki mają długość 1, 2 i 3. Wyciągać można klocka tylko z zewnątrz, więc nic nie może na klocku stać. Wyciągnięte klocki można położyć na swojej planszy, w magazynie (max długość 3) lub na planszy czyjejś. Za ułożenie figur dostaje się punkty - na swojej planszy swoje, na czyjejść planszy dostaje się tę większą liczbę, a właściciel mniejszą. Knif polega na tym, że patrzy się od góry - tzn. kształt ma być widoczny patrząc w dół, a więc można dokładać kilka klocków w tym samym kolorze i wciąż punktować na tym samym kształcie. Na górę klocki dokłada się tylko, gdy piętro jest gotowe, a liczba pięter to max 3. Proste? Spróbujcie, a nie pożałujecie.
[Dygresja: cały Pionek miałem wrażenie, że coś jest nie tak. Tu masakrowaliśmy wszystkich w "Blef", tu w "Qubixie" brakło punktów. W "Squad 7"Za dobrzy jesteśmy? Za słabi?].
 Jako że odbywał się konkurs w "Niagarę", postanowiliśmy z Piotrem i Martą spróbować swoich sił. Nie graliśmy nigdy, ale okazało się, że gra prosta. Jest pomyślana - na początek wykłada się żeton ze swoim ruchem, potem wykonuje się akcję, którą może być: płynięcie (1 pkt. za pole), wzięcie kamyczka (2 pkt. i tylko na końcu kolejki), zostawienie kamyczka na planszy (2 pkt.) lub dopłynięcie do przystani (0 pkt. za wysiądnięcie). Można też zmienić pogodę, która wpływa na rzekę - na końcu przesuwa się ją (tzn. szlane koła ją symbolizujące) o tyle pól ile było najmniej ruchu, plus/minus modyfikatory. Chodzi o: nazbieranie 4 kamyków w tym samym kolorze, 5 w różnych kolorach lub 7 dowolnych. Gra jest prosta. Gra jest ładna. Tym niemniej jest w niej coś, co jakoś mnie nie pociągnęło, a wręcz odepchnęło. Przemyślane z założenia zasady jednak potrafią być męczące, bo rozgrywka wydawała się ciągnąć w nieskończoność. Wrażenia zatem, jakie mi zostały, nie są do końca pozytywne. Gra mi się podobała, ale na liście priorytetów do kupienia - daleko. Chyba że będzie ogromna okazja.
 Postanowiliśmy odpocząć i pomysłem na to wydał mi się "Squad 7". Wcześniej - na poprzedniej edycji widziałem, że grano w to i było wesoło. Matti szybko wytłumaczył zasady i było ok. Rzecz tkwi w tym, że gra się 17 minut - tyle trwa muzyka, która dzieli się na dzień (tam tamy) i noc (świerszcze). kazdy z graczy dostaje 7 śmiałków (tyle "żyć" mamy) oraz talię kart. Znajdują się w niej: skarby (dzienne i nocne) oraz zagrożenia. Żeby zdobyć skarb trzeba go klepnąć, uważając, czy jest dzienny czy nocny, gdy klepnie się nocny w dzień - traci się życie. Zagrożenia są 4: pająk (tasujemy karty i rozdajemy), dinozaur (trzeba go ustrzelić ze specjalnego pistoletu), most (przebiega się wokół stołu) oraz mumia (biegniemy wokół stołu i strzelamy do mumii). Na płycie od czasu do czasu rozlega się krzyk - jeśli nie zdążymy z rozwiązaniem zagrożenia do tego czasu - ginie nam śmiałek. Na końcu liczy się skarby i można mieć tylko tyle, ilu śmiałków mamy. Graliśmy co prawda dwa razy za długo, ale i tak było pierwszorzędnie.
Już dawno ostrzyłem sobie zęby na "Um Reifenebreite", więc spytałem Ala czy ma. Skończyło się na tym, że kupiłem od niego "Um Ruhm und Ehre", a grę pożyczyłem od Avantara. Folko wytłumaczył nam zasady i pierwszorzędnie. Mimo wpływu na grę kartami, możliwości jechania na kole (tzn zaraz za graczem poprzednim), mimo wydarzeń... gra jest rozczarowaniem. Chyba najlepiej określił to Uiek: głupia, losowa gra. Cieszę się, że nie kupiłem i na pewno teraz nie kupię. Jest tyle lepszych gier, w które mogę zagrać, że jakoś nie potrzebuję. Może kiedyś się skuszę na trudniejsze zasady (graliśmy wg najprostszych), ale pewnie nie szybko.
 Ostatnią grą Pionka był "Kakenlaker poker", niedokończony, ponieważ rozpoczynał się konkurs wiedzy o grach planszowych. Z Piterkiem stworzyliśmy team i ruszyliśmy do boju. Pierwsze pytanie było spoko. Drugie - spoko, bo trzeba było posegregować gry wg liczby graczy. Trzecie - gorzej, bo dostaliśmy 10 gier w tym roku wydanych. Stres był ostry, bo zapomnieliśmy o np. "Kragmorcie", "Mag blaście" itp. Gdy jednak usłyszeliśmy kolejne pytanie: znów o 10 gier Wofganga Kramera - stwierdziliśmy - nie ma sensu. Koledzy dostają pytanie o wygraną w "Tygrysie i Eufracie", Uiek ma pytanie jak po polsku wyszło "Funkenschlag", a my taką masakrę. Cóż - zdarza się, błąd, pech, trudno. Moralnie jednak byliśmy u góry, bo znaliśmy pozostałe odpowiedzi i bez problemu byśmy na wszystkie odpowiedzieli. Plus - nie rozumieliśmy czemu Kramera 10, a Faiduttiego 5 gier trzeba było wymienić, choć 6 leżało na stole. :) Wygrał Uiek ze Staxem (Kraków znów rządzi), drugie miejsce było ex equo - przepraszam, że nie zapamiętałem, kto. :(
Tak czy inaczej - Folko, nie mamy żalu, ale umowa obowiązuje. Przy następnym konkursie każde pytanie, które zaczyna się od "wymień 10 gier" pomijamy w stosunku do nas:) Plus - dla drużyny Uika trzeba wymyśleć jakieś specjalne pytania. Służę pomocą przy gustach:) Na znak pokoju - przecież wybrałem "Glika".:)
Generalnie impreza wyszła pierwszorzędnie. Mnóstwo wrażeń, mnóstwo ludzi, mnóstwo gier. Czekam znów na następną edycję.
Galeria wkrótce.
12:04, planshow
Link Komentarze (4) »
czwartek, 06 września 2007
04.09.2007 - Śródziemie

Tym razem frekwencja pobiła wszelkie rekordy. Piotr przyprowadził z sobą grupę pewnie z dwudziestu osób, w wieku od podobno 13 do 17 lat. Dzieciaki zajęły się "Kragmorthą", "Jungle Speedem", a potem "Santy Anno" w wersji z bieganiem wokół stołu, w których tajniki wprowadzała ich moja Żona. Było wesoło, głośno i mnóstwo śmiechu.
Jak zwykle zacząłem od "Blefa" przy barze i na tym się nie skończyło.
 Już dawno temu ustawialiśmy się na partyjkę "El Grande", więc niniejszym wreszcie się udało. Gra jest typu teritory control - ustawiamy swoje wpływy w Hiszpanii. Pierwszorzędnym pomysłem jest przeciąganie pionków najpierw na zamek z prowincji (na co zużywa się kartę akcji z małą liczbą priorytetową, za to dużą ludzików) oraz ustalanie kolejności za pomocą kart (odwrotnie, za to zawsze zaczyna gracz, który w poprzedniej turze wyłożył najniższą wartość). Gra wywołuje mnóstwo decyzji: sprawa polega na tym, że w kolejności priorytetów wyciągamy karty, wybierając, czy ma zadziałać akcja specjalna czy nie. Dodatkowo - mamy na nich liczbę ludzików, jakie można ustawić na prowincjach obok króla. Tak więc pierwsza sprawa - czy marne karty, które dużo ludzików wprowadzają, czy dobre działania, ale marnie z akcjami. Ważną kwestią jest, że gra punktuje się najpóźniej co 3 rundy, a poza tym można wywołać (lub blokować) poprzez karty akcji, wykładane w liczbie graczy obok stołu na początek kolejki. Gra ma mnóstwo ograniczeń, które ja osobiście uwielbiam - przede wszystkim wymusza bardzo mądre decyzje, wyciskając siódme poty z mózgów. Wyglądała na skomplikowaną, szczególnie, gdy otworzyliśmy pudełko - okazało się jednak, że przyjemna gra.
Przy wszystkich narzekaniach, Bard tym razem się spisał, oferując nam grę w wydaniu z okazji dziesięciolecia istnienia gry.
 Potem już tylko "Blef" został. Nie brałem wielkiej liczby gier, bo wiem, jak mnie wciągnęło. Parę partyjek na początku tylko zaostrzyło mój apetyt, więc graliśmy jeszcze kilkanaście. Spróbowaliśmy wariantu ze zmianami miejsca co kilka partii i rzeczywiście doskonale się sprawdza.
W piątek Caffe Latte, a ja już ostrzę sobie zęby na Pionka...

14:05, planshow
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 03 września 2007
31.08.2007 - Caffe Latte

Znów trafiłem do Caffe Latte po Katowicach. Tym niemniej humor miałem jeszcze w miarę, choć stanie w korku nie bardzo dobrze nastraja...
Jak zwykle, gdy się dosiadłem do "Blefa" nie można mnie było oderwać. Nie pamiętam liczby partii, nie pamiętam, ile razy wygrałem. Wpadliśmy na pomysł usprawnienia co nieco gierki - mianowicie jest trochę nudne cały czas granie w tym samym ustawieniu, pomyśleliśmy zatem, że co jakiś czas trzeba by się przesiadać. Wtedy trudniej poznać przeciwników, a tym samym gra nabierze rumieńców.
Żona, z drugą grupą usiadła sobie do "Blue Moon City". Chciałem zagrać, lecz już powoli zaczęli zamykać, wobec czego nie przedłużaliśmy...

12:22, planshow
Link Dodaj komentarz »
24.08.2007 - Caffe Latte
Przyjechałem nieco spóźniony. Przy okazji - nieco nie w humorze, bo nikogo nie obrażając wstanie o 7 rano, dzień w Katowicach i powrót nie działają na mnie dobrze.
 W Caffe Latte musiałem jednak być. Dzięki uprzejmości sklepu Planszomania.pl - dostałem do pogrania "Bluff". Odkrycie stulecia, zaprawdę. Gra jest prosta - każdy ma po 5 kostek i rzuca nimi w tajemnicy. Wie, ile jest kostek na stole i co sam wyrzucił. Następnie stawia zakład, dotyczący wszystkich kostek na stole (np. 15 jedynek na 30 kości), a następny może go podnieść lub sprawdzić. Gdy złapał kolegę na kłamstwie: ten traci tyle kostek, ile jest różnicy między zakładem a liczbą kostek na stole. Jeśli się pomylił - sam traci. Jeśli obstawiający trafił równo w liczbę - tracą wszyscy po jednej kostce, poza nim samym. Proste? Owszem, ale jak masakryczne:) Byłem zachwycony i stąd zagraliśmy chyba 20 razy, bo ta gra jest z gatunku - to jeszcze raz, gdy tylko się skończyło.
 Niewiele zostało czasu, w sam raz na "Land Unter" - który przegrałem z kretesem, ale i tak ciekawie było. Granie, że tonie zawsze ten, kto ma najwyższy poziom wody wyzwala najgorsze instynkty...
11:26, planshow
Link Dodaj komentarz »