Zakładki:
Dla Początkujących
Inne
Moje instrukcje (tłumaczenia)
Serwisy
|
środa, 17 września 2008
Pionek VIII
Choć to już mój szósty Pionek, pierwszy raz udało mi się być na otwarciu - zrobionym dokładnie w stylu Trzewika: chotycznie, z humorem, więc pierwszorzędnie.
Tradycyjnie rozpocząłem imprezę od rozegrania kontrolnej partii "Mall of Horror" w towarzystwie dwóch młodych ludzi, których przywiozłem ze sobą z Myślenic oraz dwójką sympatycznych swieżonapotkanych typków (przepraszam, Panowie, ale nie pamietam Waszych ksywek:( ). Wygrał, wbrew zapewnieniom Trzewika, Łukasz, grający w to pierwszy raz. W ogóle partia była jakaś taka... grzeczna, bez knucia, złośliwości, intryg i kopania dołów pod sobą. A szkoda, bo dużo straciła rozgrywka. Większość Pionka była dla mnie raczej włóczeniem się i tłumaczeniem gier, spotykaniem znajomych, rozmów z ludźmi. Temu też się oddałem po rozgrywce, zgodnie z etykietą dziękując za wspólne granie. Pomarańczowa Koszulka w osobie Korzenia dopadła mnie jednak w momencie, gdy pochylałem się nad "Witchcraftem" w wersji big. Można nawet powiedzieć - very big, bo zajmowała cały stół i to tylko podstawowa wersja wydarzeń. Tłumaczenie Korzenia odbywało się w trakcie rozgrywki stąd przegrałem, ale byłem dwa razy o włos od zniszczenia przeciwnika. Tak czy inaczej spodobało mi się na tyle, że potem zasiadłem do tego jeszcze z kolegą z pracy. Gra ma potencjał, ale jako że jeszcze chyba nie jest wydana - pomińmy mechanikę milczeniem.
Nie pamiętam kolejności grania, tym niemniej pograłem jeszcze tego dnia w: "Rattlesnake" - jedno z odkryć Pionka VIII. Prosta gierka, która zawiera 16 magnesów w kształcie jaj, kostkę i planszę, na której są rozmieszczone węże w różnych kolorach. Gra przebiega bardzo prosto: rzucamy kostką, patrzymy na jakim wężu trzeba położyć jajo i kładziemy tak, by leżało całością na wężu - tzn. powierzchnia styku z planszą musi być cała na wężu. Starać się trzeba, żeby magnesik dołożony przez nas nie przyciągnął innych, jak również nie zrzucił z pola gry, bo w takiej sytuacji zbiera się wszystko. A w samej grze trzeba się pozbyć jaj. Niby proste, niby pełno śmiechu, niby partia 10 minut, ale spędziłem nad tym co najmniej godzinę.
"Burg Appenzell" - przepiękna gra, którą koniecznie muszę kupić synkowi. Jak to zwykle gra Zocha - świetnie wykonana, pełna elementów, śliczna. O co chodzi: pudełko jest pełne dziur. Na nich kładzie się kwadraciki puste, z serkiem, albo dziurawe. Następnie przykrywa się to specjalną kratką, a na wierzchu kładzie się dachówki. Każdy z graczy otrzymuje 4 myszki, które startują z wieży w jednym z rogów planszy. Gracz może: ruszyć myszką, odkryć pole, przesunąć labirynt (dokładnie tak, jak w "Verruckte Labirynth"), by na przykład wrzucić myszkę przeciwnika do dziury, gdzie ta zostaje do końca gry (biedny miras23, którego Kamila tak zgnębiła 2 razy w jednej partii:) ). Ważne, że żeby wziąć serek, trzeba myszki umieścić na dwóch takich samych symbolach. Pierwszorzędna gra dla dzieci, przy której znów spędziłem ponad godzinę, choć partia trwa maksymalnie 20 minut.
"Adel Verpflichtet" - gra na którą zasadzałem się już od dwóch Pionków (nie licząc VII na którym nie byłem). Zawsze to brakowało kogoś, kto mi wytłumaczy, to kogoś, z kim pogram, to jakoś czas się wykańczał. Koniec końców, udało się. Świetna pozycja: gracze stają się angielskimi dżentelmenami (co prawda korzystającymi z usług złodzieji), kompletującymi swoje kolekcje, które - wystawiane - pozwalają się przesuwać na torze punktacji. Gra ma kilka fajnych mechanizmów (podział tury na 1 i 2 krok, złodzieje w więzieniu), naprawdę proste zasady i dużo kombinacji. Tu warto podziękować Goorowi, który uparcie i cierpliwie tłumaczył zasady trzy razy (raz mnie, raz współgraczom, raz spóźnionemu). "Shark Attack" - strasznie słabe. Spodziewałem się ciekawej gry, jako że pozycja została zaprojektowana przez świrów od "Kakerlakensalat". Okazała się totalnym gniotem i cieszę się, że w nią zagrałem. Niby element blefu (zakryte karty), niby zgadywania (mechanizm bez sensu) - wiem, że nie warto jej kupować. I będę odradzał wszystkim. Oczywiście wystartowałem w turnieju "Pitchcara". Oczywiście się nie zakwalifikowałem, ale: - byłem 3 pstryknięcia za zwycięzcą (Pancho) w kwalifikacjach, - byłem 1 pstryknięcie przed Don Simonem, - byłem kilka pstryknięć przed mistrzem Trzewikiem (którego nie było to dzień). Ergo - jestem moralnym zwycięzcą:) Wystartowaliśmy z Piterkiem w konkursie wiedzy o grach planszowych. Nie udało się zakwalifikować, ale ku lepszemu idzie. Test wiedzy był naprawdę świetnie zorganizowany, naprawdę dla fanów, niby prosty, a jednak skomplikowany. Na szczęście nie było pytań z gatunku "Podaj 20 gier Kramera", które nas wykończyły ostatnio. Sam konkurs - bardzo pierwszorzędny. WC stanął na wysokości zadania, a Uiek doskonale mu pomógł.
Z drugiego dnia zapamiętałem tak naprawdę jedną grę: "Tribune". Jest to taki typ gry, który doskonale mi odpowiada: mnóstwo elementów, mnóstwo kart i mnóstwo dróg do osiągnięcia celu. Kiedyś, jak ją kupię - na pewno opiszę dokładniej, bo zrobiła wrażenie. Co się nie udało na Pionku: - zagrać we "Fragile" z mst, - dowiedzieć się o zasady "Ostii" od sztefana, - zagrać w "Confuciusa", na którego ostrzyłem sobie ząbki, - z powodu niecierpliwości wrodzonej posłuchać Don Simona tłumaczącego "Through the Ages". Oczywiście jest to Pionkowy standard, że założeń nie da się wykonać, jak należy. Tym niemniej - była to kolejna niezapomniana edycja imprezy. Jak zwykle podziękowania dla Trzewika, że wciąż mu się chce, Pomarańczowych Koszulek za tłumaczenia i dwojenie się i trojenie, WC za zorganizowanie konkursu, wszystkich, z którymi grałem i którymi nie udało mi się usiąść. Nic, tylko czekać na następny Pionek.
piątek, 22 sierpnia 2008
Ostatnimi czasy....
... wreszcie udało się pograć w gronie również rodzinnym.
Szkoda, że tylko dwie gry, tym niemniej w weekend mamy zamiar z Żoną nadrobić sobie zaległości. Tak oto odwiedzili nas znajomi i stało się to okazją do pogrania w "Blef", opisywany tu niejeden raz i "Polowanie na robaki" równie często goszczący na tych łamach. Żona jest wielką fanką tej gry i przyjemnie było popatrzeć, jak jej twarz rozjaśniła się uśmiechem. Dlatego w weekend odpakujemy pewnie "Carcassonne" i spróbujemy z dodatkiem "Księżniczka i smok".
Ostanio również moją często graną pozycją zaczyna być "China Moon". Gra polega na zbieraniu kwiatków przy pomocy przesympatycznych, gumowych żabek. W swoim ruchu gracz musi poruszyć trzy żabki z czego co najmniej jedna musi być przeciwnika. My wprowadziliśmy jeszcze dodatkową zasadę, że przynajmniej jedna z żabek musi być gracza aktywnego - jest trudniej:)Poza tym na planszy znajdują się specjalne pola - z kwiatkami, z żabką (wymienia się kwiatkami), motylkami (traci się kwiatka) oraz sprężynami (przeskakuje się tyle pól, ile do sprężyny się przeszło). Niby nic, niby wygląda jak dla dzieci, ale zabawa jest po prostu przepierwszorzędna. W końcu Faidutti to porządna firma.
Grałem również w "Qwirkle" i było ok. Chcę sobie zrobić, bo podobno strasznie trudno to kupić, a wiem, że mojej Żonie się spodoba. Gra się klockami z 6 wzorkami w 6 kolorach. Dokłada się klocek lub więcej do koloru lub figury (nie mogą się ani jedne ani drugie powtarzać). Punkty zdobywa się za każdą ułożoną kombinację, pamiętając że rzędy muszą się zgadzać między sobą. Niby dobre, niby fajne, lecz z drugiej strony - jakoś nie zachwyciło. Może dlatego, że w 7 osób graliśmy - podobnie jak 5 osób w "China Moon" - nie ma to sensu. Z najbliższych planów - "Raja", już we wtorek.
wtorek, 12 sierpnia 2008
W co gram
Dzidziuś, jak się okazało to bardzo czasochłonne stworzenie. Nie byłbym jednak geekiem, gdybym przestał grać:) Stąd - na pewno mniej, za to wciąż i niezmiennie. Ostatnio spotykam się tylko z przyjaciółmi. Żadnych szalonych imprez, żadnych organizacji - po prostu umawiamy się i spotykamy. Stąd zamiast opisów historycznie ułożonych - kilka uwag odnośnie nowych i starych pomysłów na życie z grami.
Odkryciem ostatnich tygodni jest "Ming Dynastie". Jak większość eurogier historię posiada umowną: chodzi o to, by zdobyć przewagę w regionach średniowiecznych Chin. Polega na przesuwaniu pionków, lecz właśnie w tym cała zabawa. Plansza podzielona jest na regiony, z których każdy posiada 3 dystrykty, a więc 3 części głównego miasta regionu. Obok mapy, przedstawiającej Chiny (dość umownie), znajdują się prostokąty w tych samych kolorach, co prowincje. Przy nich wykłada się karty ruchu: dystrykty są podzielone liniami, które trzeba przekroczyć, by przenieść się z dystryktu/regionu do innego. Na tychże liniach znajdują się symbole (riksza, lektyka itp.), takie same jak na kartach. Żeby poruszyć się z regionu do regionu, trzeba wyłożyć kartę. Na początek kolejki, każdy z graczy bierze 5 członków rodziny do ręki (ma ich na początku 30, gra trwa 6 tur). Następnie, w kolejności, wykłada swoich ludzi na prowincje (prostokąty obok mapy). Następnie gracze dociągają karty ruchu, dobierając je z prowincji, gdzie mają członków rodziny, do 5 na ręce. Potem następuje ruch księciem, który może przyciągnąć do dystryktu, w którym się znajduje członków rodziny z tej prowincji. Jeśli jest to parzysta tura, porównuje się liczbę pionków w dystrykcie i gracz, który ma najwięcej, wprowadza do miasta 2 członków rodziny, otrzymując za to 2 płytki prowincji. Drugi gracz wprowadza 1 i też płytkę dostaje. Gracze decydują, czy zostawić członków rodziny do punktacji, czy wycofać za pomocą kart powrotów (1, 2, 3 członków). W 2 turze każdy pionek to 2 punkty, w 4 - 1 punkt, w 6 - 0 punktów. Potem liczy się płytki: zestaw 6 różnych jest wart 28 punktów w 2 rundzie, 24 w 4 i 20 w ostatniej. 5 płytek to 10 punktów, a każda osobna - 1. Proste? A jednak - kilka bezsennych godzin spędziłem planując ruchy i kilkanaście godzin przegadałem na gg, po partii, w autobusie na temat możliwych strategii. Miażdży.
Pograliśmy też w "Tsuro". Albo kilku zasad zapomniałem, albo coś innego się stało, w każdym razie urok gry prysł po kilkunastu zamkniętych okręgach. Pewnie moja wina, że nie sprawdziłem zasad, odświeżając je. Jako że stałem się właścicielem regału na gry, zarezerwowałem jedną półkę na swoje ulubione rzeczy. Stoją tam: "Tygrys i Eufrat", "El Grande", "Puerto Rico", "Cuba", "Im Jahr des Drachen". Postanowiłem od czasu do czasu grać w nie, żeby nie stały tylko jak wiele gier, do których wracam rzadko, bądź nigdy.
Tak też wróciłem do "Blue Moon City", znajdującego się na tejże półce. Uwielbiam tę grę. Zarówno za to, że jest pięknie wykonana, jak za fakt, że można w nią grać z nowicjuszami i przegrać. Poza tym... te smoki!
W moim planszówkowym jadłospisie nie mogło zabraknąć kilkakrotnie granego "Im Jahr des Drachen", gdzie znów sprawdziło się w większości przypadków, że inicjatywa nic nie jest warta bez odpowiedniego zaplecza. Poza tym zauważyłem, że mam dziwną tendencję do utrzymywania za wszelką cenę przy życiu wszystkich swoich ludzi. I płacę często zbyt wysoką cenę. Tym niemniej - dzięki temu jestem najwyżej punkt, dwa za wygrywającym... Poza tym zdarzyło mi się zagrać w kilka wesołych party-games, takich jak "Fliegen Klatschen" czy "Kakerlakensalat". Jako przerywnik sprawdzały się doskonale. W różnorodności siła:)
poniedziałek, 16 czerwca 2008
1-4 czerwca 2008, Myślenice, nasze mieszkanie
31. maja o godzinie 19.20 urodził się nam synek. Ważący 3,5 kg i mierzący 55 cm brzdąc to oczywiście okazja do spożycia tego i owego, lecz ja, jako fan planszówek, pomyślałem sobie, że dużo lepiej jest zamiast tego tematu upijania się (co było w planach wcześniej) - po prostu pograć w planszówki.
Pierwszego dnia (1. czerwca) usiedliśmy do "Jenseits von Theben". Można mówić o tej grze, że jest losowa, że nierówno się karty rozkładają, że nie ma kontroli od początku do końca. Ja lubię - i wydaje mi się, że tą rozgrywką udowodniłem, jak bardzo krzywdzące są te opinie. Zbierałem sobie po równo wszystkich lokacji, lecz w efekcie skupiłem się na Krecie i Palestynie, obserwując swoją przewagę w tych wskazówkach. Zdobyłem trzy kongresy i powoli zaczął kończyć się rok, więc wylądowałem w Krecie, gdzie kopałem do końca roku. Powtórzyłem tę akcję i okazało się, że wykopałem prawie wszystko. Następnie poszedłem do Palestyny (jedynej nie ruszanej jeszcze) i znów mi się powiodło - na 7 elementów wyciągnąłem 5 pełnych. Zyskałem tym wskazówki, więc powłóczyłem się tu i tam, zbierając kongresy, wystawy i na koniec roku pokopałem tu i ówdzie, aż skończył się czas. "JvT" to jedna z moich ulubionych gier, świetnie symulująca pracę archeologa, gdzie dużo więcej, niż byśmy chcieli, zależy jednak od szczęścia. Tym razem wygrałem i zawdzięczam to jedynie ciężkiej pracy, kombinowaniu w zdobywaniu punktów alternatywnych oraz skracaniu maksymalnie drogi po wskazówki. Owszem, trochę szczęściu, ale jest to dla mnie jedna z największych zalet tej gry.
We wtorek (3.06) usiedliśmy sobie znów do gry. Tym razem na stół wyjechała "Cuba". Dla mnie: potężna gra o świetnej mechanice, mocno decyzyjna i świetnie zorganizowana. Graliśmy w pięciu i szybko się wyjaśniło, kto co chce robić. Ja wszedłem natychmiast ostro w tytoń i okazało się, że kontroluję większość rynku tytoniu. Ciągnąłem wątek, dodając sobie budynki na punkty zwycięstwa, układając je tak, że uruchamiałem wszystkie, nie bardzo sobie przeszkadzając w produkcji surowców. Zależało mi jedynie na tytoniu, więc, gdy postawiłem przetwórnię tytoniu i przetwórnię dóbr w punkty zwycięstwa, potrzebowałem jeziora, by produkować wodę i tę wymieniać na inne surowce, z których powstało jeszcze: 2VP i 6 peso za produkt. Tu jednak zrobiłem błąd, nie kontrolując tego, co wychodzi do innych oraz zupełnie zapominając o byciu pierwszym graczem, tudzież byciu choć w pobliżu zaczynającego. "Cuba" nie jest dla jednego gracza, mści się za decyzje dedykowane tylko sobie. I tak było tym razem - przegrałem z Łukaszem o 1 punkt zaledwie, gdyż nie patrzyłem na jego planszę, gdy ta produkowała mu za darmo punkty zwycięstwa. Bywa.
Potem usiedliśmy sobie już w węższym gronie do "Marrakechu". Pierwsza gra nie udała się zupełnie, tym bardziej, że Oskar spieszył się i raz rozwaliwszy planszę, nie bardzo mógł się skupić na graniu. Tak więc zostaliśmy do grania we dwóch z Markiem. Byłem już trochę zmęczony, plus zagrało mnóstwo nieprzetrawionych emocji - przegrałem z kretesem. Tym niemniej - gra z Markiem należy do przyjemności - mnóstwo decyzji, cały czas skupienie... Ostatnia gra, jaką była "Cytadela" w środę, nie wyszła zupełnie. Było całe mnóstwo ludzi (a miałem ochotę na "Puerto Rico"), więc gadaliśmy o tym i owym.
Zaczęło się od "Finstere Flure": gra trwała i trwała i trwała. Decyzje podejmowano powoli, przy okazji częstokroć bez sensu, kolejność się mieszała... Wszystko przez pogaduszki, dyskusje nad ruchem, podpowiadania i kombinowanie. Nie wyprowadziłem żadnego pionka, ale nie dlatego że grałem źle, tylko z zupełnie nieprzewidywalnymi przeciwnikami, którzy robili, co chcieli, nie żeby wygrać, tylko "bo tak". Koniec końców - porażka.
Nie lepiej było z wyciągniętą później "Cytadelą". Tu już rozciągnięcie własnej tury przeszło wszelkie granice, do tego stopnia, że musiałem uspokajać współgraczy, pytając, czy przyszli grać, czy gadać. W efekcie pierwszorzędnym pomysłem okazała się klepsydra z "Drachengolda" - wprowadziła skupienie i przyspieszenie do normalnego trybu "Cytadeli", która i tak trwała ponad 2 godziny. Zniechęciło mnie to co nieco do grania na jakiś czas, przynajmniej w tym towarzystwie, stąd skupiłem się na obserwowaniu rynku i pomysłach na kolejne pozycje do kolekcji. W niedzielę, gdy Żona z Małym wychodzili do domu, z tej okazji w ramach prezentu (poza czekoladkami dla pań pielęgniarek i kwiatami dla p. doktor) kupiłem Żonie książkę, a sobie... "Niagarę" o 20 PLN taniej:) . Nie bardzo lubię, tym niemniej - do pogrania z Dzidziusiem będzie idealna. Pewnie za kilka lat, ale wszyscy doświadczeni mówią mi: minie jak z bicza strzelił. Pewnie mają rację. Poza tym: gdzie ja kupię tę grę za 4 lata?
poniedziałek, 28 kwietnia 2008
Prawie weekend: 24-26.04.2008
Nie mogłem, a po prawdzie też trochę nie chciałem być w Caffe Latte, stąd trzeba było wykombinować coś nowego. Na początek więc umówiłem się ze swoim przyjacielem Piterkiem w "Śródziemiu" na czwartek, co by pacnąć grę jakąś. Miałem z sobą "Alhambrę", "Lascaux" i "Gangstera", przy okazji mając ochotę na "Hanafudę". Piotr wziął "Cytadelę" i "Apache", do tego jednak instrukcji nikt nie czytał. Beata przyniosła "Fasolki", przyprowadzając przyjaciółkę, a pojawił się jeszcze Bartek z bratem Łukaszem z mojej myślenickiej ekipy i w tej ekipie mogliśmy zasiąść do partyjki.
Zdecydowaliśmy, że najpierw do gry wejdzie "Cytadela", którą o dziwo (a może dlatego, że siedziałem cicho) wygrałem, choć powinniśmy grać jeszcze turkę, tym niemniej - jako że w "Śródziemiu" była impreza zamknięta - zmieniliśmy lokal na "Trampub", mieszczący się na Stolarskiej. Knajpka i nawet będzie, choć te klimaty do ulubionej knajpy od gier się nie umywają. Tu wyciągnąłem "Alhambrę" - dawno nie grałem w tę świetną gierkę. Każdy z graczy próbuje zbudować jak największe i najlepsze miasto, z elementów, które kupuje się na rynku. Można wziąć pieniądze, kupić coś na rynku lub zmienić zabudowę alhambry. Zabawa jest świetna, a to co o grze napisałem, ledwie muska temat. Przegrałem sromotnie, wlekąc się na końcu stawki. W piątek umówiliśmy się na granie w Myślenicach z paroma dawnymi znajomymi, przy okazji pragnąc wódeczkę wychylić.
Na początek dwie partyjki rozegraliśmy w "Marrakech", gdzie to się zorientowałem, z kim więcej nie siadać do tej gry. Takiego fartuchostwa dawno nie widziałem:) Sama w sobie gra wybitnie sympatyczna, bawiliśmy się dobrze, choć losowość wzięła tutaj górę zupełnie;) Hitem imprezy okazała się, rozgrywana pojedynczo, gra "Labirynt", zakupiona za 30PLN w sklepie z zabawkami w Myślenicach. Całość to drewniane pudełko, posiadające dwa pokrętła, którymi steruje się planszą: przód-tył i prawo-lewo. Gra polega na tym, by przeprowadzić kulkę przez drogę wyrysowaną na planszy, omijając przy okazji dziury, w które może wpaść nasza kuleczka. Ustaliliśmy dwie gry (są dwie kulki), przy czym liczymy najlepszy wynik. Kolejka rzadko się zmniejszała, chyba że uzupełnialiśmy płyny wodą ognistą - na moment topniała. Większość soboty również upłynęła na stukaniu w gierkę. Sobota to jednak wizyta Piterka z żoną. Oprócz przepysznie spędzonego czasu (po części dlatego, że obiad był pyszny;) ) zagraliśmy w dwie gry. Wcześniej Piterek poczuł miętę do "Labiryntu", a nasza kota - miętę do niego:)
Zagraliśmy we trójkę (Żonka nie chciała) w "Lascaux", które wygrałem bezapelacyjnie oraz "Gangstera", którego bezapelacyjnie przegrałem.
Obie gry pojawią się wkrótce na portalu "Gry-planszowe.pl" jako recenzje, więc na razie nie będę opisywać. Następne granie już w środę;)
wtorek, 22 kwietnia 2008
18.04.2008, Caffe Latte
Mając trochę mniej czasu pograłem w ledwie kilka gier.
Na początek, króciutkie trzy partie w "Fliegen Klatschen", wesołe łapanie much. W grze, tak jak w "Jungle Speed" gracze wykładają karty, lecz nie przed siebie, a na środek. Gdy pojawia się piąty kolor muchy, gracze wyżej wspomniane owady ubijają. Trzeba jednakowoż bić kolor, którego jest najwięcej. Jest to ciekawa zasada, jako że w tym momencie pomyłka powoduje stratę muchy ostatnio zdobytej. Trzeba być czujnym, bo ubijanie następuje również w momencie pojawienia się karty "Packa". Wesoła party game, imprezowa kwestia jedynie. Ale przyjemnie.
Potem zasiedliśmy do poważniejszej kwestii, jaką jest "Cuba". Spotkałem się tu z zarzutami, że tak naprawdę jest to połączenie gier. Pojawiło się "Puerto Rico", "Wysokie napięcie", "Filary Ziemi" i kilka innych propozycji. Owszem, to nie jest wynalazcza mechanika, tym niemniej samo połączenie różnych propozycji jest ciekawym zabiegiem. Gdybyśmy mieli się przecież czepiać - równie dobrze można powiedzieć, że gra jest podobna do "Cytadeli" - przecież też wykłada się karty postaci, też wykonuje jej akcje i też buduje. Na czym to polega: na początek gracze odkrywają projekty ustaw, które będą wprowadzone w życie na końcu tury. Następnie wykonują akcje, wykładając karty: Robotnika (dostają surowce i produkty oraz przestawiają pionek robotnika), Handlarkę (mogą sprzedać na targu lub otrzymać produkt lub surowiec), Architekta (budują, bądź mogą otrzymać 1 lub 2 punkty zwycięstwa), Nadzorca (uruchamia ciąg budynków, w rzędach, w których stoi robotnik lub jeden dowolny) lub Burmistrza (wsadzamy towary na statek lub bierzemy 2 lub 4 peso). Prawie "Puerto Rico" - rzecz jednak w tym, że nasi gracze wykonują akcje sami, a poza tym ważne jest, gdzie postawimy budynek - od tej pory teren plantacji przestaje przynosić dochód w postaci produktów lub surowców. Budynki pomagają zdobywać punkty zwycięstwa, produkować dobra (rum lub cygara), zdobywać przewagi (np. głosy) lub wykonywać dodatkowe akcje (np. załadować dwa statki). Mało tu miejsca na wytłumaczenie wszelkich implikacji - można tu przecież sprzedawać, kombinować z combosami, na które miejsca brakło. Tak gra się do 4 postaci, z czego ostatnia jest ważna, bo każda z nich ma liczbę głosów - od 1 do 5. W tym momencie zatem postać 4 którą wyłożymy ma wartość - gracz z najwyższą zostaje graczem początkowym. Potem następuje tura głosowania, tzn gracze w sekrecie przygotowują pieniądze i to one, plus wartość pozostałej postaci - to liczba głosów w parlamencie. Gracz zatem odrzuca dwie ustawy, pozostawia dwie, które wpływają dość mocno na grę. Dzielą się one na podatkowe (start: 2 peso, można zwiększyć lub zmniejszyć), obowiązki (start: jedne cytrusy). Za ich wykonanie gracz może otrzymać 2 punkty lub 5 w wypadku wykonania obu. Pozostałe dwie to ustawy odnośnie punktów zwycięstwa dodatkowych lub prawa dotyczące planszy (więc np budowanie jest droższe). Mnóstwo tu tłumaczenia, chwytów, kombinacji. Byłem drugi, ledwo punkt za Hobbitem i Westwoodem, który całą grę mnie wkurzał tekstem, że nie czytałem instrukcji, czepiając się strasznych szczegółów. Same spotkania w Caffe Latte pewnie zostaną, natomiast ja najprawdopodobniej sam nie będę się tam pojawiał jakiś czas. Ot, w gronie znajomych pogram z przyjaciółmi, powalczę w Myślenicach lub pogram z Żoną. Taki lajf.
wtorek, 15 kwietnia 2008
14.04.2008 - Śródziemie
Odeszła mi ochota na wielkie spotkania, tym niemniej jakoś wśród znajomych - bardzo lubię. Tak oto ok. 17 spotkałem się z piterkiem, po pierwsze, by dać mu "Ubongo", które zamawiałem dla niego ostatnio, po drugie pogadać, po trzecie zagrać może w co. Kupiłem sobie nową torbę i bardzo z tego powodu jestem zadowolony - mieści się w niej każda posiadana przeze mnie gra, poza "Blokusem", który do żadnej torby normalnych rozmiarów nie wejdzie. A szkoda, bo też lubię sobie pograć, choć ostatnio okazji nie miałem. W tejże jednak tormie zmieściło się tym razem "Puerto Rico" i "Siam".
Zaczęliśmy od tej drugiej pozycji - poprosiłem piterka, co by przeczytał zasady, bo coś mi w rozgrywce z Żoną nie pasowało, więc świeże spojrzenie przydatne. I tak oto okazało się, że gra wcale nie musi być zła. Jak pisałem wczoraj - celem jest zepchnięcie z planszy skały. To jednak związane jest z faktem, że zwierzątko nasze (a więc słoń lub nosorożec), musi stać przy niej przodem. Generalnie doczytaliśmy się (czy lepiej: wyinterpretowaliśmy), że po zdjęciu z planszy pionka można go położyć z powrotem na jednym z pól startowych. Oj, baaaardzo przydatna funkcja. Dodatkowo, co w zasadach w żaden sposób napisane nie jest, doszliśmy do wniosku, że punktować też trzeba skały pozostające w grze i kto ma więcej zwierzątek przodem - tego skała. Przy tej samej liczbie - remis. I tak oto odkrył przed nami "Siam" swój urok, nie tylko powodowany wydaniem gry i, jeszcze raz podkreślę, ślicznymi figurkami. Okazało się, że nic nie jest pewne i wbrew pozorom akcja obracania zwierzątka jest kluczowa w wielu przypadkach. Rozegraliśmy dwie partie - pierwszą wygrałem, drugą zremisowałem, bo doszedł Kris, a chciałem jeszcze drugą grę rozegrać. Więcej w recenzji.
Niestety, piterek nas opuścił, a nikt więcej nie dopisał niestety, więc zagraliśmy we dwóch w "Puerto Rico". Szybko wyprowadziłem kolegę z błędu, że marnie mu idzie, choć odkryłem, że doświadczenie wybitnie się przydaje. Mogłem na spokojnie planować swoje akcje, a kilka błędów Krisowych już po kilku wyprostowanych spowodowało, że wiedziałem, iż wygram. Gdybym nie poczekał turki, pewnie wygrana byłaby większa, ale gra - zacięta, twarda i do końca - straciłaby wiele uroku zakończona wcześniej. Partia bardzo mi się podobała, choć wciąż uważam, że gra zyskuje wybitnie, gdy ma się jeszcze jednego grającego. W piątek wizytuję Caffe Latte. Mam nadzieję, że znajdzie się kilku chętnych na "Cubę", a chcę ze sobą wziąć również "Lost Valley" do recenzji. Coś czuję, że gra nie będzie w moim typie, ale obowiązek jest obowiązek.
poniedziałek, 14 kwietnia 2008
Ostatnie tygodnie
Jako że Żonka w ciąży, przede wszystkim z nią gram. Nie znaczy to oczywiście, że nie ma mnie w Caffe Latte, czy czasami w Myślenicach nie pogram, ale generalnie zwykle siadamy sobie w domku. Ostatnie czasy przyniosły kilka gier, o których, jak myślę, warto tu napisać.
Pierwszą z nich jest "Puerto Rico", które po "Im Jahr des Drachen" rozłożyło mnie na łopatki kompletnie. Rzecz w tym, że mechanika mnie zniszczyła podstawowo. Chodzi o zasiedlenie wyspy San Juan, na której zakłada się plantacje, budynki produkcyjne i wykonuje akcje, zdobywając punkty zwycięstwa. Gra polega na tym, że wybiera się postać, która ma przypisaną akcję, a poza tym przywilej - do wykorzystania przez biorącego. Tak więc: Burmistrz dostarcza osadników (sam biorąc jednego więcej), Budowniczy pozwala na wzniesienie budynku (-1 pieniążek), Plantator pozwala założyć plantację (może wziąć kamieniołom), Kupiec - sprzedać towary (zarabia +1), Kapitan wysyła towary za morze (dostaje +1 punkt zwycięstwa), a Poszukiwacz posiada tylko przywilej - dostarcza 1 kasy. Niewykorzystane postaci dostają po 1 pieniążku i w następnej turze o tyle są atrakcyjniejsze. Gra zazębia się doskonale w czymś, co wszędzie nazywa się combosem - wystarczy, że odpowiednio reaguje się do potrzeb. Mamy do dyspozycji budynki produkcyjne lub specjalne - pozwalające na jakąś akcję. Przedstawiać tu zasady - za długo. Rozgrywkę - musiałbym referat stworzyć, który opisałby wszystkie elemenciki i niuanse. Jest cudnie, nawet na dwie osoby.
Jako że zwykle gramy we dwójkę, zamówiłem kilka gier na tę liczbę graczy. Tak też zachwycił mnie "Siam". Gra masakruje wykonaniem - jest po prostu prześliczna. Chodzi o to, że słonie i nosorożce nie mieszczą się już na swoim terytorium, muszą więc walczyć o miejsce. Tak więc trzeba je przesuwać po malutkiej planszy, by jak najwięcej skał było przy naszych zwierzątkach, wyrzeźbionych przepięknie. Nie wiem, czy dobrze graliśmy, bo zasady są niejasne jak diabli, tym niemniej jest miło.
Z Żoną co prawda nie grałem, tym niemniej coraz lepsze zdanie mam o "Gangsters", znowu (po "Fragile") zamkniętej w przepięknym pudełeczku gry logicznej. Celem jest zdobycie przewagi w dzielnicy, przez wykładanie żetonów gangsterów na pola planszy. W momencie, gdy rząd zostanie skończony, tzn. mamy 6 pól zajętych poziomo lub pionowo w linii, następuje punktacja. Przeprowadza się ją tak, że odejmuje się liczbę punktów drugiego od liczby pierwszego i tyle właśnie ten ostatni dostaje. Dodatkowo każdy gracz ma pocisk, którym może zablokować dowolnego gracza. Oprócz tego ma możliwość przesunięcia żetonu, o ile nie jest on z rzędu, gdzie jest pełno. Gra ma całe mnóstwo opcji, a odrobina losowości tylko dobrze jej robi.
Ostatni temat to "Marrakech", urocza gra o sprzedawaniu dywanów. Każdy z graczy ma takich dywanów 10 i wykłada je na planszę. Najpierw jednak decyduje, w jakim kierunku poruszy się Hassan. Potem rzuca kostką i rusza. Jeśli wejdzie na swój dywan - dobrze. Jeśli na puste pole - też dobrze. Jeśli wejdzie na pole przeciwnika - płaci tyle, ile dywanu jest widoczne. Przyjemna, miła, ładnie wykonana gra familijna. Więcej info wkrótce. Biorę się za tego bloga, bo czas:)
Zaległy Pionek
Z Pionkiem wszystko jest spóźnione. Spóźniłem się na Pionka, spóźniłem się z relacją, spóźniony byłem na konkursy. Na początek kilka słów wstępu, ważnych, bo ustalających porządek. To nie był mój pierwszy Pionek. Jeżdżę od drugiej edycji, znam gry i ludzi obecnych na imprezie. Wiem, co i jak. To był już mój trzeci Pionek na Barlickiego. Dlatego wiedziałem, czego się spodziewać i jakie są warunki. Przynajmniej tak myślałem. Nowości Nie będzie tu opisu imprezy krok po kroku, w co grałem lub z kim. Będą wrażenia. Pionek VI był dla mnie nowy z kilku powodów. Przede wszystkim – zostałem testerem, czego jakoś do tej pory udawało mi się unikać. Testowanie to ciężka praca, którą odbywa się w rodzinnym Krakowie, bo rzecz wiąże się z wypełnianiem ankiet, szukaniem dziur w mechanice, skupieniu na zupełnie innych aspektach, niz w Gliwicach chciałem się skupiać. Dałem się skusić na „Banzi”, której to gry trudno było nie dostrzec, choć nawał tytułów był olbrzymi. Raz, że plansza zajmowała cały stół – wykonana z drewna, pracowicie wymalowana, podziurkowana, obłożona kolorowymi kulkami. Sam jestem sobie winien – bo zapytałem, co to i dałem się wciągnąć. Nie żałuję, choć pozostał element niezaspokojenia, po ledwie jednej partii. Chciałem spróbować jeszcze, ale czas nie pozwolił. Druga taka gra zdarzyła się w drugim dniu, gdy szukaliśmy z piterkiem jakiejś luźnej gry. Dopadł nas Czech i zaproponował partię testową, a Uiek swoim autorytetem poparł, że chcemy. Tak oto zasiedliśmy do gry pod roboczym tytułem „Space Alert”. Długo będę pamiętał tę partię i tę grę, która – choć jeszcze niegotowa – jest na mojej liście do kupienia jako najwyższy priorytet i nieważne w jakim języku wyjdzie. [Celowo nie zdradzam szczegółów mechaniki. Są to gry niewydane, więc zostawmy kwestię oceniania ich i opisywania recenzentom. Zagrałem ledwie raz, więc mogę mówić o wrażeniach, a poza tym – jest to tajemnica handlowa i niech taką pozostanie. ] Zmiany Pomarańczowe koszulki pojawiły się już w poprzedniej edycji. Wtedy jednak nie bardzo bylo wiadomo, po co są, poza tym, że byli przy stole, pomagali w wyborach, niekoniecznie wiedząc, jak grać, bo kojarzyli gdzieś, skądś, coś. Nie jest to zarzut, bo byli sympatyczni, mili i pomocni, aczkolwiek lekko chaotyczni. Tu plus, chyba największy, tego Pionka: ściana, będąca nieocenioną skarbnicą wiedzy o grach z pomarańczowej 50, a więc rzeczy na pewno znanych ludziom w koszulkach rzeczonego koloru. Jasno i przejrzyście było rozpisane, jaka tematyka, jaki rodzaj i na ile osób oraz – co najważniejsze – kto może wytłumaczyć zasady. Świetne było to, iż przy żadnej grze nie pojawiło się jedno nazwisko – zawsze istnała możliwość spytania co najmniej 4 osób, które nietrudno było wychwycić w tłumie. Dużo lepsze było – w stosunku do poprzedniej edycji – ustawienie sali – bardziej otwarte i z wyraźnym podziałem na gry znane organizatorom i przyniesione przez kolegów. Dodatkowo pod oknami zostały ustawione stoliki, na których można było potestować gry, w które potem grało się w konkursie logicznym. Wszystko świetnie, choć brakło troszkę wywieszenia list uczestników, lub chociaż wskazanie, kto jaką grę przyniósł. Kilkakroć spotkałem się z sytuacją, że znalazłem grę, która mnie zaciekawiła, ale nie bardzo było komu to wytłumaczyć, zaś instrukcja w pudełku była w języku niemieckim, w którym umiem powiedzieć „das Spiel” i to mniej więcej wykorzystuje mój zasób słownictwa. Uwaga – to nie zarzut, to sugestia – bo naprawdę świetnie było wiedzieć, za co jestem odpowiedzialny ja, a za co mogę uczynić odpowiedzialnymi organizatoróow. Ogromnym plusem było, że w pobliżu zorganizowano palarnię, co stanowczo pomogło osobom uzaleznionym. Zamiast biegać 4 piętra w dół i w górę (co dla palacza jest dystansem zawałowym), można było spokojnie wyjść kawałek od sali, gdzie zawsze spotykało się kogoś ciekawego do dyskusji. Piętro się zmieniło – czyżby sala na trzecim była za mała? Standardy Spostrzeżenie powinno znaleźć się w zmianach, tym niemniej – klasyka niech zostanie klasyką. Konkurs Trzewika i Folko wrócił po lekkiej zadyszce ostatniej edycji. Piękny chaos, szaleństwo pytań, wielcy przegrani (tak, Uiek zdetronizowany!) i pechowcy (wc i Al), szczęśliwcy (organizatorzy z pytaniem o aktualną edycję imprezy) oraz wielkcy wygrani w osobach Ziela i Neurocide. Chaos, krzyk, śmiech i pytania Trzewika, która zabijały pomysłem – jak to o gry, które w wyobraźni trzeba było ułożyć w piramidkę. Podobał mi się również podział pytań Folko na kategorie. Dodatkowo konkurs poprzedził niespodzianką wc, który przygotował serię pytań dla Trzewika, na które ten dzielnie odpowiedział. Konkursy w ogóle świetnie zorganizowane – zapowiedziane wcześniej, nie przeszkadzały i nie dezorganizowały partii pozostałym. Dodatkowo, zwycięzcy konkursów zostali nagrodzeni na scenie, co było – jak się wydaje – wielkim docenieniem ich. Uczestników tego wydarzenia spotkała miła niespodzianka, mianowicie zupełnie spontaniczny konkurs, gdzie rozdano pozostałe nagrody. Konkurs, dodajmy, uroczo chaotyczny, jak na Trzewika przystało. Jak zwykle dopisali ludzie. Gdy przyjechaliśmy – byliśmy około 80 osób. Gdy szukałem listy z uczestnikami półtora godziny później – było ich uż ponad 120. Ruch się zatem powiększa. Jak zwykle pozostały tu dwa uczucia – radość ze spotkania znajomych jak poczucie niespełnienia z okazji skończonego czasu. Poznałem legendy (Pancho), wielokrotnych przeciwników dyskusji forumowych (Don Simon), dyskutantów wielokrotnych (Draco) i kolegów z redakcji (steady). Spotkałem wielu, z którymi umawiałem się na partię czegoś, co miałem w przepastnej torbie i co przywieźli oni w swoich przepastnych torbach. I tu przyda się komentarz wc, przy naszym pożegnaniu: „Dziekuję za spotkanie, tradycyjnie nie udało się w nic zagrać. Spotkamy się za trzy miesiące i miejmy nadzieję, że będziemy mieć więcej czasu, by i tak pewnie tradycyjnie w nic nie zagrać”. Cóż – prawda jest taka, że przyjemnością jest spotkanie niektórych ludzi, zobaczenie ich i nadzieja, że kiedyś znów połączyy nas wspóla gra. Oczywiście nie mogło obyć się bez sobotniej knajpy i „Blefa” w niej, jak również tego, że wygrałem wszystkie partie – tylko dlatego, że piterek siedział w drugiej sali (wszystkiego najlepszego z okazji urodzin raz jeszcze!). Tak czy inaczej – Kraków rządzi i nie damy się łatwo. Wrażenia Tu nie może być inaczej, niż pozytywnie. W przeciwieństwie do konwentów fanów fantastyki, widać, że twórcy Pionka wyciągają wnioski. Naprawdę wspaniała organizacja – najlepsza dotychczas i piszę to bez niepotrzebnej w tym miejscu wazeliny. Mimo chaosu, który jest wliczony w tę imprezę – było świetnie. To jedyny, nie bójmy się tego słowa, konwent z taką atmosferą, jedyne takie spotkanie, jedyne w Polsce miejsce tak pozytywne przez dwa wykątkowe dni co trzy miesiące. Trzewik pożegnał mnie stwierdzeniem, że następna impreza za kwartał. Z powodów osobistych pojawię się pewnie dopiero na ósmej edycji, ale zobaczymy. Na pewno zrobię wszystko, żeby być i na siódmej. Co tradycja to tradycja. Tym bardziej, że ta idzie tylko ku lepszemu.
poniedziałek, 04 lutego 2008
Ostatnie kilka tygodni
Nie pisałem, bo właściwie grałem w dwie gry. Do tego czasami dochodziło "Im Jahr", "Bohnanza" czy "Drakon".
Pierwszą grą, w którą już pograłem kilkakroć, a nawet pewnie powyżej dwudziestu partii wpadło, jest "Chicago poker". Gdy brałem ją do recenzji, wiedziałem od razu, że mi się spodoba. Założenie gry jest bardzo proste - jesteśmy bossami mafijnymi, którzy w swojej kolejce mogą wysłać gangstera na dzielnicę (czyli wyłożyć kartę z ręki) lub zrobić rekrutację (a więc kartę dociągnąć). Akcji wykonuje się trzy, tworząc przy lokacjach labirynt kart. Gracze mają przypisane postaci, które występują również na lokacjach, by nie myliło się, kto co dołożył. Powstają w ten sposób układy maksymalnie pięciu kart wyłożone przy lokacjach, o tym kto miejsce otrzyma decyduje strzelanina (zaznaczona specjalnym pociskiem). Polega to na tym, że gracze odkrywają karty (wykładane różnie wg lokacji, lecz zasadą jest w większości układ: 3 odkryte, dwie zakryte) i porównują, kto wyłożył najmocniejszy wariant, oparty po części na pokerze (dwiepary>para>karta itd.). Mnóstwo blefu, mnóstwo emocji, zabawa pyszna. Owszem, gra nieco się dłuży na maksimum osób, ale to typowe dla takich gier, gdy ktoś myśli i myśli tyle, co pozostali gracze wykonują akcje razem wzięci. Ciekawym rozwiązaniem jest zróżnicowanie możliwości wygranej. Można zwyciężyć zbierając trzy lokacje tego samego koloru, 4 różne (tyle jest kolorów miejsc w grze) lub 5 dowolnych. Gra naprawdę mi się spodobała, a recenzja wkrótce - właściwie gotowa, tylko doprawić.
Kolejną grą, co do której jednak mam już uczucia bardzo mieszane, jest "Fragile". Dech mi zaparło przy otwieraniu, a wypełniające pudełko trociny miałem rozsypane po całym szlafroku. Chodzi tu o to, by przenieść skrzynki ze środka do swojego magazynu. Na początku rozkłada się odpowiednią do graczy liczbę magazynów, następnie dokłada pionki i... jedziemy. Można pionkiem się przesunąć (1PA za pole), przesunąć przed sobą skrzynkę (1PA), ustawić skrzynkę na innej bądź zdjąć (2PA), obrócić napisem FRAGILE do góry (4PA, ale skrzynka warta na końcu 2 punkty) oraz przekazać (1 PA, za to skrzynka leci całą planszę czasem). Punktów Akcji mamy 5 na pionka. Gra... jest ciekawa. Zaczynam zauważać, że coś w niej jest, tym niemniej nie pograłem wiele. Może dlatego, że wykonanie rzuca na kolana, jest prześliczne, dopracowane w szczególikach - jak choćby wspomniane wykonanie jak skrzynki, którą się przenosi. Każdy element jest perfekcyjny - pyszny w wykonaniu, zaczynając od pudełka (ze sklejki) po pionki z brokatowymi kapeluszami, pracowicie zawinięte w papier. Być może dlatego powodowało to jakąś nieśmiałość w graniu - bo tak piękna gra nie może być dobra. Na początek tak to wyglądało - strasznie niejasno napisane zasady spowodowały, że zupełnie nie "widziałem" tej gry. Ostatecznie, po 3 partii było już jasne, jak to wygląda, a po 5 - umieliśmy grać doskonale, bez wątpliwości co i jak. Gra jest typowo logiczna, a skojarzenie z szachami, gdy patrzy się na planszę - nieprzypadkowe. Tym niemniej jest tu element, który nieco chwieje logicznością - wariant z patyczkami, ustalającymi kolejność. Polega na tym, że gracze co turę ustalają nową kolejność: większe emocje znaczą jednak większy chaos. Coś w tej grze jest. Nie wiem, co, ale jest. Ciekawostką jest, że gra pozwala na rozgrywkę samemu. I być może to łamanie głowy w sposób dość luźny jest tu wielkie. Jutro gram ostateczną partię i zobaczę, co to warte. Mam testera;) Dziś zaś napalam się na wizytę w sklepie znajomego, który przenosząc się na nowe miejsce proponuje w dniu otwarcia obniżkę o 10 % na cały asortyment. Lista gotowa:)
|