RSS
piątek, 17 września 2010
6:1 czyli "51. Stan*" po raz kolejny

Znów udało się spotkać i porozmawiać przy okazji pogrania w planszówki. Obowiązywał zestaw z poprzednich tygodni.

Na początek, jako że tym razem było nas tylko dwóch zagraliśmy w "51. stan". Przygotowując recenzję dla "Świata Gier Planszowych" oczywiście rozegrałem partie we wszystkich możliwych konfiguracjach, tym niemniej byłem mile zaskoczony kolejną partią dwuosobową.
Zagraliśmy zresztą już według najnowszysch możliwych zasad, co również nieco wpłynęło na rozgrywkę. Kolejnym czynnikiem rozróżniającym tę partię od poprzedniej jest fakt doświadczenia współgracza. Od wielu już grających słyszałem, o podobieństwie nowej produkcji Portalu do "Race for the Galaxy", a jest to jedna z ulubionych gier Marcina.
Różnic było wiele, a partia skończyła się wynikiem 37 do 32, więc nie było przepaści, jak poprzednim razem (31 do 12) - myślę, że przede wszystkim dzięki doświadczeniu w karciance, która naśladuje kolekcjonerską. Z początku szło trochę opornie (jednak zasady nie należą do najprostszych), ale już w trzeciej turze, po dyskusjach nad różnymi wariantami widać było mnóstwo decyzyjności mojego przeciwnika. Co więcej, decyzje te, jak wskazuje wynik, były cenne. Najpierw nieco się Marcin przeraził widząc tempo mojej rozbudowy, sam narzekając na marne możliwości stawiania lokacji. Okazało się jednak, że bynajmniej nie jest to wada gry - po raz kolejny "51. stan" pokazał możliwości i wspaniałość rozgrywki. Ja grałem Nowym Jorkiem, zaś Marcin Sojuszem Mutantów - miałem więc preferowaną rozbudowę umów, on zaś raczej podbojów. Dwa różne sposoby grania, dwa różne podejścia, dwie zupełnie od siebie różne drogi rozwoju, a jednak wynik nie był znów tak różny. Myślę zresztą że następne dwie, trzy partie skończyłyby się wynikiem co najmniej podobnym, a na pewno byłyby szybsze (pierwsze dwie tury, choć wykonaliśmy po 3-4 akcje w każdej, trwały prawie 40 minut!).
Co więcej - okazało się, że (to opinia Marcina) "Race for the Galaxy" jest zupełnie inną grą. Podstawowe różnice to przede wszystkim wykonywanie akcji (pamiętajcie, nie grałem) - tu jest to ten sam zestaw, tam - zależny od roli. Tu kartę wykłada się na trzy sposoby, tam - wykorzystuje na trzy. Inaczej rzecz ujmując - mam wrażenie, że jest to podobna mechanika, lecz wykonana w zupełnie różny sposób i tym samym rozgrywka wcale nie jest tak podobna, jak mogłoby się wydawać choćby z tego, co czytam na forum.

"Pandemic" rozegraliśmy w składzie już 3 osobowym, w czym uczestniczył już grający kilkakroć Sławek. Tym razem wystąpiliśmy w układzie: Dyspozytor, Medyk i Naukowiec. Co dla mnie bardzo ciekawe w każdej (do tej pory) rozgrywce "Pandemica" zawsze najboleśniej odczuwa się brak roli, której aktualnie nie ma. Skoro mieliśmy Naukowca, brakowało straszliwie Badacza. Skądinąd mechanizm dawania kart tylko w mieście, gdzie się znajdujemy razem - jak dotychczas uważam za nieco chybiony. Jest po prostu za trudny, dlatego też myśmy właściwie nie korzystali z przekazywania kart - nie było na to czasu. Tym razem skończył się stos, choć również ostatnia pandemia była blisko. W ogóle dość ciekawie wychodziły choroby. Najpierw było szaleństwo z SARS, potem co nieco poszalał wąglik, a my wynaleźliśmy pierwszą szczepionkę na... cholerę:) Pierwszy raz zresztą udało się doprowadzić do wyleczenia choroby. Przy okazji - wynik trzech szczepionek i mimo wszystko widoków na czwartą - był w miarę. Choć niesmak pozostał - szczególnie dla Sławka, który jako jedyny ze stałej ekipy akurat ominął grę, którą wygraliśmy.

 

*Wiem, że tytuł tej gry pisze się inaczej, ale moja dusza filologiczna nie pozwala na korzystanie z tej formy:)

13:53, planshow
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 23 sierpnia 2010
5:1 ewentualnie 51:)

Zagraliśmy tym razem w dwie gry.

Pierwsza z nich (choć historycznie druga grana) to wspomniany w poprzedniej notce "Pandemic". Tym razem graliśmy we trójkę, więc wiadomo było, że będzie trudniej. Tym razem jednak udało się wygrać:) Choć również przegrać, ale po kolei.  Trafił nam się za pierwszym razem układ, który nie powininen zadziałać: Naukowiec, Dyspozytor i Badacz. Pewne szanse dostrzegaliśmy w szybkiej wymianie kart między Badaczem i Naukowcem, lecz bez Medyka wydawało się to mocno bez sensu.
A jednak - okazało się, że wszystko działało jak trzeba, choć jako Dyspozytor raczej wykorzystywałem swoje możliwości leczące, niż specjalne. Tym niemniej jakoś szło, choć kilkakroć byliśmy na ostrzu noża i rzeczywiście nędznie widzieliśmy przyszłość swoją i świata. 
Nadszedł jednak ten moment, gdy kolega mówi: "Twoja tura, Andre", na co ja, spojrzawszy na planszę odpowiedziałem historyczne słowa:
"Poczekaj, człowieku na gościa" (trzeci gracz akurat był w toalecie) "bo właśnie wygraliśmy". Sytuacja wyglądała tak, że stałem w Karaczi, a obok miałem wystawione centrum, na ręce 5 kart czerwonych (ostatnią właśnie dostałem), 3 już wykonane. Pomińmy komentarz kolegi. 
Kolega, który pojawił się minutę później był również zaskoczony, choć to on dał mi kartę. A ja tryumfalnym ruchem przestawiłem swój pionek na planszy o jedno pole i wysypałem na stół pięć kart czerwonych, którego to lekarstwa jeszcze nam brakowało. Za drugim razem znów szło doskonale. Przynajmniej nie było tak, jak to określiliśmy ostatnio: graliśmy jak nigdy, przegraliśmy jak zawsze. Skład: Medyk, Ekspert operacyjny, Naukowiec. Dwa lekarstwa gotowe. Kolega za mną ma kartę, którą mi przekaże i zrobię niebieskie lekarstwo. Kolega naprzeciwko mnie właśnie dostał piątą kartę czerwoną i zrobi lekarstwo. Moje zadanie: zbudować centrum operacyjne i podleczyć okolicę. Niestety, do naszego planu nie wciągnęliśmy, że wyjdzie piąta karta epidemii, która to spowoduje ósmą pandemię. Było to zadanie, o którym niestety zapomnieliśmy.

Wcześniej zagraliśmy sobie jednak w nową produkcję Portalu: "51. stan". Mam ją zrecenzować, więc staram się grać jak najczęściej.  Nie wiem, ile mogę zdradzić, więc na wszelki wypadek tylko ogólniki:) Gra dzieje się w świecie Neuroshimy, jest karcianką, która w założeniu ma udawać kolekcjonerską. Karty dzielą się na: Liderów, Lokacje i Kontakty. Poza tym każdy z graczy dostaje kartę frakcji (1 z 4) oraz przynależne do tego stałe kontakty. Pomińmy fazę rozłożenia, która jest mocno skomplikowana, ale szybko wchodzi w krew. Potem nadchodzi faza produkcji, w której dostaje się, co się wyprodukowało w poprzedniej kolejce. Później jest to, co tygrysy kochają najbardziej: faza akcji. Pomijając mniej ważne, tylko o genialnym pomyśle mechaniki: kartę lokacji wystawia się na trzy różne sposoby. Można wystawić jako zdobycz (dostaje się dużo na jeden raz), można jako umowę (dostaje się co turę mniej) lub jako lokację (dostaje się to, co realizuje dana lokacja). Niby proste, ale żeby coś wystawić trzeba posiadać zasięg w tym kolorze (odpowiednio: czerwony, niebieski, czarny). Ten otrzymuje się z kontaktów lub produkcji swojej lub czyjejś...

Ogólnie wrażenia: nigdy tak nie spieprzyłem (warto byłoby użyć mocniejszego słowa) tłumaczenia. Nie można na karb pierwszej gry zrzucić wielu błędów, które pojawiły się w trakcie. Błędów częstokroć podstawowych, często fundamentalnych. A mimo to gra dała radę, naprawdę się podobała i myślę, że jest lepsza z dziś rozgrywanych. Tę śmiałą tezę zdają się potwierdzać kolejne gry, ale to już temat na inną notkę.

11:30, planshow
Link Dodaj komentarz »
środa, 11 sierpnia 2010
I nie wyszło...
Tym z Was, którzy myśleli, że już nic ze mnie nie będzie - komunikuję, że jestem. Tym z Was, którzy tu zaglądali - dziękuję. Tym z Was, którzy wierzyli, że wrócę - przekazuję ukłony. Można mnie było zresztą poczytać w serwisie "Creatio", a ostatnio również felieton w "Świecie gier planszowych", z którym wygląda na to, że współpraca ruszy. Jak więc widać - wróciłem. Okazało się, że robienie notek przez głos wcale nie jest szybsze (jak myślałem) i kosztuje dużo więcej pracy i więcej zainteresowania. W efekcie zrobiłem kilka nagrań, potem je edytowałem, gdy wyedytowałem w miarę - posłuchałem i okazało się, że trzeba poprawić. A potem okazało się, że minął miesiąc, dwa, a nawet pierwsza głosowa notka nie jest gotowa. Tak też, okazało się, że dużo wygodniej i szybciej będzie po prostu pisać, nawet narzekając na serwis, gdzie bloga utrzymuję. Tak więc - wracam. Niestety, czasu na granie mniej. W związku z tym - i notki będą rzadziej i będą trochę mniejsze:) Ale do rzeczy. Odkryciem ostatnich dni jest "Pandemic". Niektórzy stwierdzą, że odgrzewany kotlet, a ja wręcz przeciwnie - uważam, że właśnie o takich odgrzewanych kotletach, jeśli są smaczne - warto pisać. Nie sądzę, by znalazł się ktoś, kto jeszcze nie grał, lecz dla porządku - słów kilka o zasadach. Na świecie wybuchają choroby: SARS, dur brzuszny, wąglik i cholera. Zadaniem graczy jest wynaleźć lekarstwo na te choroby, ewentualnie szczepionkę. Plansza przedstawia świat, podzielony na strefy wpływów poszczególnych chorób, reprezentowanych przez kolory i odpowiadające im znaczniki. Do tego znajduje się na niej stopień zarażenia, liczba pandemii oraz karty rozwoju wirusów i karty graczy. W swojej kolejce gracz może przenosić się po planszy (na kilka sposobów), zbudować centrum badań, wymienić wiedzą bądź wynaleźć lekarstwo. Ma do dyspozycji również zdolność specjalną. Ta zależy od roli, którą gra i może to być: - Medyk - leczy miasta, a nie pojedyńcze znaczniki w trakcie jednej akcji; - Badacz - może przekazywać karty ignorując zasady; - Naukowiec - do wynalezienia lekarstwa nie potrzebuje 5 kart, a tylko 4; - Dyspozytor - może przenosić graczy po planszy; - Ekspert - buduje centrum ignorując normalne zasady. Grę rozpoczyna się od wylosowania kart, które zarazimy 3, 2 i 1 znacznikiem choroby. Trafiają one na stos kart odrzuconych, co bardzo ważne. Gracze wykonują swoje akcje w kolejności: 1. 4 akcje 2. Dociągnięcie 2 kart gracza 3. Faza rozwoju wirusa Nic skomplikowanego, ale akcji zawsze brakuje, w kartach gracza pojawiają się karty epidemii, a wirus rozwija się tym szybciej, im więcej epidemii. Ta ostatnia to najciekawszy mechanizm gry. Gdy się wydarzy, wyciąga się kartę spod spodu stosu, kładzie na mieście 3 znaczniki choroby i tasuje wszystkie wykorzystane karty na wierzchu stosu rozwoju wirusa. Tym samym istnieje wysokie prawdopodobieństwo, że to co wyczyściliśmy z trudem za chwilę znów zostanie zarażone. Co więcej - w każdym mieście może się zdarzyć pandemia, to znaczy trzeba do niego dołożyć czwarty znacznik. W takiej sytuacji dokłada się po znaczniku do sąsiadujących miast. I jeśli tam występuje ta sama sytuacja, pandemia rozwija się dalej... Graliśmy cztery razy, w różnych układach ról. Zawsze brakowało tej jednej, tej, która właśnie powinna być wykorzystana. Warto dodać, że są trzy warunki przegranej: ósma pandemia, skończenie znaczników jednego rodzaju choroby oraz niemożliwość dociągnięcia kart przez gracza. Tylko w jeden sposób można wygrać: produkując 4 lekarstwa. A to jest piekielnie trudne. Gra naprawdę jest emocjonująca. Wszystkie partie niestety przegraliśmy, choć przez wiele czasu trzymaliśmy się ostatkiem sił. Byliśmy kilkakroć na ostatniej prostej, już krok od zwycięstwa. Był heroizm, walka do ostatniej chwili, nie poddaliśmy się zanim nie było inaczej, niż paść - nawet gdy wiedzieliśmy, że tura jest na pewno ostatnia. Był krzyk, jęk zawodu, przeklinanie losu, świata, kart, wujków i cioć autora - nie brakło niczego, co mogło rozładować napięcie. Będę relacjonował pole boju z "Pandemicem". Gra weszła nam na ambicję. Najgorsze, co mogła zrobić.
12:02, planshow
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 17 grudnia 2009
Opóźnienie

Wiem, wiem, wiem. Miało być, a nie ma. Przepraszam, ale złapała mnie infekcja gardła i nie bardzo da się gadać przez godzinę.

Wygrzebuję się powoli, więc notka obiecana będzie, tylko ciut później.

Jeszcze trochę cierpliwości, proszę:)

13:22, planshow
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 30 listopada 2009
Wracam po przerwie
Mały człowiek nie wpływa dobrze na granie i czas:) Tym niemniej staram się jakoś wspomagać hobby, więc umawiam się przynajmniej raz w tygodniu. Nie jest to wystarczająco, tym niemniej - jakoś trzeba sobie radzić. Notka sama w sobie nie będzie informująca o tym w co grałem, z kim grałem i jak grałem. Będą zmiany. Pierwsza z nich to fakt, że przełączam się na tryb typowo już multimedialny. Już wkrótce, zamiast pisania i żmudnego wklepywania kolejnych myśli, kolejnych zdań będę nagrywać całość - mam zamiar po prostu przesiąść się na coś w rodzaju podcastu. Miałem oczywiście plan na całościowy podcast, audycję nagrywaną ze znajomymi, oceny właśnie rozegranych partii, dyskusje o wszystkim i niczym, jednak z paru względów ten pomysł nie wyjdzie. Zamiast tego będzie po prostu notka głosowa - nie kosztuje to tyle czasu, nie kosztuje pracy, którą musiałbym włożyć w podcast. Wiem, ile to trwa, bo już miało to wszystko ruszyć - ba, nawet odcinek jest gotowy. Druga zmiana to właśnie częstotliwość. Będę się starać wrzucić tu przynajmniej jeden wpis na tydzień - będzie to albo podsumowanie dwóch spotkań, jakie zwykle staram się doprowadzić do skutku, bądź dwie - po każdym spotkaniu. Tak czy inaczej - jeśli nie będzie niczego w środę, na pewno wpis pojawi się sobotę - i to jest plan od następnego tygodnia. Pierwsza notka będzie na pewno dotyczyć ważnego wydarzenia w moim życiu, jakim jest wyjazd na Pionka, tym bardziej, że już kilka edycji mi uciekło. Nie mogę się doczekać:) Oczywiście, zgodnie z formułą, jaką przyjąłem, raczej mam zamiar się skupić na grach, w które uda mi się zagrać. Nie robię planów, bo wiem, co z nich wychodzi później. Wszystko idzie świetnie do czasu, gdy nie pojawi się Ignacy albo Goor z jakimś odkryciem ostatnich dni, a potem siedzę i gram w to przez parę godzin i plan idzie w diabły. Nie jest to oczywiście narzekanie na wspomnianych dwóch - raczej stwierdzenie, że znów mnie czymś pewnie zaskoczą, więc nie obliczam, co, gdzie i z kim. Na razie tyle nowości. Mam nadzieję, że spodoba się Wam ta forma. Jestem otwarty na propozycje i jeśli ktoś z Was zechce się udzielać w temacie - zapraszam do kontaktu - czy to mailem, czy przez forum. Nietrudno mnie znaleźć:)
10:17, planshow
Link Dodaj komentarz »
środa, 17 września 2008
Pionek VIII

Choć to już mój szósty Pionek, pierwszy raz udało mi się być na otwarciu - zrobionym dokładnie w stylu Trzewika: chotycznie, z humorem, więc pierwszorzędnie.
 Tradycyjnie rozpocząłem imprezę od rozegrania kontrolnej partii "Mall of Horror" w towarzystwie dwóch młodych ludzi, których przywiozłem ze sobą z Myślenic oraz dwójką sympatycznych swieżonapotkanych typków (przepraszam, Panowie, ale nie pamietam Waszych ksywek:( ). Wygrał, wbrew zapewnieniom Trzewika, Łukasz, grający w to pierwszy raz. W ogóle partia była jakaś taka... grzeczna, bez knucia, złośliwości, intryg i kopania dołów pod sobą. A szkoda, bo dużo straciła rozgrywka.
Większość Pionka była dla mnie raczej włóczeniem się i tłumaczeniem gier, spotykaniem znajomych, rozmów z ludźmi. Temu też się oddałem po rozgrywce, zgodnie z etykietą dziękując za wspólne granie.
Pomarańczowa Koszulka w osobie Korzenia dopadła mnie jednak w momencie, gdy pochylałem się nad "Witchcraftem" w wersji big. Można nawet powiedzieć - very big, bo zajmowała cały stół i to tylko podstawowa wersja wydarzeń. Tłumaczenie Korzenia odbywało się w trakcie rozgrywki stąd przegrałem, ale byłem dwa razy o włos od zniszczenia przeciwnika. Tak czy inaczej spodobało mi się na tyle, że potem zasiadłem do tego jeszcze z kolegą z pracy. Gra ma potencjał, ale jako że jeszcze chyba nie jest wydana - pomińmy mechanikę milczeniem.
Nie pamiętam kolejności grania, tym niemniej pograłem jeszcze tego dnia w:
"Rattlesnake" - jedno z odkryć Pionka VIII. Prosta gierka, która zawiera 16 magnesów w kształcie jaj, kostkę i planszę, na której są rozmieszczone węże w różnych kolorach. Gra przebiega bardzo prosto: rzucamy kostką, patrzymy na jakim wężu trzeba położyć jajo i kładziemy tak, by leżało całością na wężu - tzn. powierzchnia styku z planszą musi być cała na wężu. Starać się trzeba, żeby magnesik dołożony przez nas nie przyciągnął innych, jak również nie zrzucił z pola gry, bo w takiej sytuacji zbiera się wszystko. A w samej grze trzeba się pozbyć jaj. Niby proste, niby pełno śmiechu, niby partia 10 minut, ale spędziłem nad tym co najmniej godzinę.
 "Burg Appenzell" - przepiękna gra, którą koniecznie muszę kupić synkowi. Jak to zwykle gra Zocha - świetnie wykonana, pełna elementów, śliczna. O co chodzi: pudełko jest pełne dziur. Na nich kładzie się kwadraciki puste, z serkiem, albo dziurawe. Następnie przykrywa się to specjalną kratką, a na wierzchu kładzie się dachówki. Każdy z graczy otrzymuje 4 myszki, które startują z wieży w jednym z rogów planszy. Gracz może: ruszyć myszką, odkryć pole, przesunąć labirynt (dokładnie tak, jak w "Verruckte Labirynth"), by na przykład wrzucić myszkę przeciwnika do dziury, gdzie ta zostaje do końca gry (biedny miras23, którego Kamila tak zgnębiła 2 razy w jednej partii:)
). Ważne, że żeby wziąć serek, trzeba myszki umieścić na dwóch takich samych symbolach. Pierwszorzędna gra dla dzieci, przy której znów spędziłem ponad godzinę, choć partia trwa maksymalnie 20 minut.
 "Adel Verpflichtet" - gra na którą zasadzałem się już od dwóch Pionków (nie licząc VII na którym  nie byłem). Zawsze to brakowało kogoś, kto mi wytłumaczy, to kogoś, z kim pogram, to jakoś czas się wykańczał. Koniec końców, udało się. Świetna pozycja: gracze stają się angielskimi dżentelmenami (co prawda korzystającymi z usług złodzieji), kompletującymi swoje kolekcje, które - wystawiane - pozwalają się przesuwać na torze punktacji. Gra ma kilka fajnych mechanizmów (podział tury na 1 i 2 krok, złodzieje w więzieniu), naprawdę proste zasady i dużo kombinacji.
Tu warto podziękować Goorowi, który uparcie i cierpliwie tłumaczył zasady trzy razy (raz mnie, raz współgraczom, raz spóźnionemu).
"Shark Attack" - strasznie słabe. Spodziewałem się ciekawej gry, jako że pozycja została zaprojektowana przez świrów od "Kakerlakensalat". Okazała się totalnym gniotem i cieszę się, że w nią zagrałem. Niby element blefu (zakryte karty), niby zgadywania (mechanizm bez sensu) - wiem, że nie warto jej kupować. I będę odradzał wszystkim.
Oczywiście wystartowałem w turnieju "Pitchcara". Oczywiście się nie zakwalifikowałem, ale:
- byłem 3 pstryknięcia za zwycięzcą (Pancho) w kwalifikacjach,
- byłem 1 pstryknięcie przed Don Simonem,
- byłem kilka pstryknięć przed mistrzem Trzewikiem (którego nie było to dzień).
Ergo - jestem moralnym zwycięzcą:)
Wystartowaliśmy z Piterkiem w konkursie wiedzy o grach planszowych. Nie udało się zakwalifikować, ale ku lepszemu idzie. Test wiedzy był naprawdę świetnie zorganizowany, naprawdę dla fanów, niby prosty, a jednak skomplikowany. Na szczęście nie było pytań z gatunku "Podaj 20 gier Kramera", które nas wykończyły ostatnio. Sam konkurs - bardzo pierwszorzędny. WC stanął na wysokości zadania, a Uiek doskonale mu pomógł.
 Z drugiego dnia zapamiętałem tak naprawdę jedną grę: "Tribune". Jest to taki typ gry, który doskonale mi odpowiada: mnóstwo elementów, mnóstwo kart i mnóstwo dróg do osiągnięcia celu. Kiedyś, jak ją kupię - na pewno opiszę dokładniej, bo zrobiła wrażenie.
Co się nie udało na Pionku:
- zagrać we "Fragile" z mst,
- dowiedzieć się o zasady "Ostii" od sztefana,
- zagrać w "Confuciusa", na którego ostrzyłem sobie ząbki,
- z powodu niecierpliwości wrodzonej posłuchać Don Simona tłumaczącego "Through the Ages".
Oczywiście jest to Pionkowy standard, że założeń nie da się wykonać, jak należy.
Tym niemniej - była to kolejna niezapomniana edycja imprezy. Jak zwykle podziękowania dla Trzewika, że wciąż mu się chce, Pomarańczowych Koszulek za tłumaczenia i dwojenie się i trojenie, WC za zorganizowanie konkursu, wszystkich, z którymi grałem i którymi nie udało mi się usiąść.
Nic, tylko czekać na następny Pionek.

13:01, planshow
Link Komentarze (2) »
piątek, 22 sierpnia 2008
Ostatnimi czasy....

... wreszcie udało się pograć w gronie również rodzinnym.
  Szkoda, że tylko dwie gry, tym niemniej w weekend mamy zamiar z Żoną nadrobić sobie zaległości. Tak oto odwiedzili nas znajomi i stało się to okazją do pogrania w "Blef", opisywany tu niejeden raz i "Polowanie na robaki" równie często goszczący na tych łamach. Żona jest wielką fanką tej gry i przyjemnie było popatrzeć, jak jej twarz rozjaśniła się uśmiechem. Dlatego w weekend odpakujemy pewnie "Carcassonne" i spróbujemy z dodatkiem "Księżniczka i smok".
 Ostanio również moją często graną pozycją zaczyna być "China Moon". Gra polega na zbieraniu kwiatków przy pomocy przesympatycznych, gumowych żabek. W swoim ruchu gracz musi poruszyć trzy żabki z czego co najmniej jedna musi być przeciwnika. My wprowadziliśmy jeszcze dodatkową zasadę, że przynajmniej jedna z żabek musi być gracza aktywnego - jest trudniej:)Poza tym na planszy znajdują się specjalne pola - z kwiatkami, z żabką (wymienia się kwiatkami), motylkami (traci się kwiatka) oraz sprężynami (przeskakuje się tyle pól, ile do sprężyny się przeszło). Niby nic, niby wygląda jak dla dzieci, ale zabawa jest po prostu przepierwszorzędna. W końcu Faidutti to porządna firma.
 Grałem również w "Qwirkle" i było ok. Chcę sobie zrobić, bo podobno strasznie trudno to kupić, a wiem, że mojej Żonie się spodoba. Gra się klockami z 6 wzorkami w 6 kolorach. Dokłada się klocek lub więcej do koloru lub figury (nie mogą się ani jedne ani drugie powtarzać). Punkty zdobywa się za każdą ułożoną kombinację, pamiętając że rzędy muszą się zgadzać między sobą. Niby dobre, niby fajne, lecz z drugiej strony - jakoś nie zachwyciło. Może dlatego, że w 7 osób graliśmy - podobnie jak 5 osób w "China Moon" - nie ma to sensu.
Z najbliższych planów - "Raja", już we wtorek.

10:53, planshow
Link Komentarze (3) »
wtorek, 12 sierpnia 2008
W co gram

Dzidziuś, jak się okazało to bardzo czasochłonne stworzenie. Nie byłbym jednak geekiem, gdybym przestał grać:) Stąd - na pewno mniej, za to wciąż i niezmiennie.
Ostatnio spotykam się tylko z przyjaciółmi. Żadnych szalonych imprez, żadnych organizacji - po prostu umawiamy się i spotykamy. Stąd zamiast opisów historycznie ułożonych - kilka uwag odnośnie nowych i starych pomysłów na życie z grami.
 Odkryciem ostatnich tygodni jest "Ming Dynastie". Jak większość eurogier historię posiada umowną: chodzi o to, by zdobyć przewagę w regionach średniowiecznych Chin. Polega na przesuwaniu pionków, lecz właśnie w tym cała zabawa. Plansza podzielona jest na regiony, z których każdy posiada 3 dystrykty, a więc 3 części głównego miasta regionu. Obok mapy, przedstawiającej Chiny (dość umownie), znajdują się prostokąty w tych samych kolorach, co prowincje. Przy nich wykłada się karty ruchu: dystrykty są podzielone liniami, które trzeba przekroczyć, by przenieść się z dystryktu/regionu do innego. Na tychże liniach znajdują się symbole (riksza, lektyka itp.), takie same jak na kartach. Żeby poruszyć się z regionu do regionu, trzeba wyłożyć kartę. 
Na początek kolejki, każdy z graczy bierze 5 członków rodziny do ręki (ma ich na początku 30, gra trwa 6 tur). Następnie, w kolejności, wykłada swoich ludzi na prowincje (prostokąty obok mapy). Następnie gracze dociągają karty ruchu, dobierając je z prowincji, gdzie mają członków rodziny, do 5 na ręce. Potem następuje ruch księciem, który może przyciągnąć do dystryktu, w którym się znajduje członków rodziny z tej prowincji. Jeśli jest to parzysta tura, porównuje się liczbę pionków w dystrykcie i gracz, który ma najwięcej, wprowadza do miasta 2 członków rodziny, otrzymując za to 2 płytki prowincji. Drugi gracz wprowadza 1 i też płytkę dostaje. Gracze decydują, czy zostawić członków rodziny do punktacji, czy wycofać za pomocą kart powrotów (1, 2, 3 członków). W 2 turze każdy pionek to 2 punkty, w 4 - 1 punkt, w 6 - 0 punktów. Potem liczy się płytki: zestaw 6 różnych jest wart 28 punktów w 2 rundzie, 24 w 4 i 20 w ostatniej. 5 płytek to 10 punktów, a każda osobna - 1.
Proste?
A jednak - kilka bezsennych godzin spędziłem planując ruchy i kilkanaście godzin przegadałem na gg, po partii, w autobusie na temat możliwych strategii. Miażdży.
 Pograliśmy też w "Tsuro". Albo kilku zasad zapomniałem, albo coś innego się stało, w każdym razie urok gry prysł po kilkunastu zamkniętych okręgach. Pewnie moja wina, że nie sprawdziłem zasad, odświeżając je.
Jako że stałem się właścicielem regału na gry, zarezerwowałem jedną półkę na swoje ulubione rzeczy. Stoją tam: "Tygrys i Eufrat", "El Grande", "Puerto Rico", "Cuba", "Im Jahr des Drachen". Postanowiłem od czasu do czasu grać w nie, żeby nie stały tylko jak wiele gier, do których wracam rzadko, bądź nigdy.
 Tak też wróciłem do "Blue Moon City", znajdującego się na tejże półce. Uwielbiam tę grę. Zarówno za to, że jest pięknie wykonana, jak za fakt, że można w nią grać z nowicjuszami i przegrać. Poza tym... te smoki!
 W moim planszówkowym jadłospisie nie mogło zabraknąć kilkakrotnie granego "Im Jahr des Drachen", gdzie znów sprawdziło się w większości przypadków, że inicjatywa nic nie jest warta bez odpowiedniego zaplecza. Poza tym zauważyłem, że mam dziwną tendencję do utrzymywania za wszelką cenę przy życiu wszystkich swoich ludzi. I płacę często zbyt wysoką cenę. Tym niemniej - dzięki temu jestem najwyżej punkt, dwa za wygrywającym...
Poza tym zdarzyło mi się zagrać w kilka wesołych party-games, takich jak "Fliegen Klatschen" czy "Kakerlakensalat". Jako przerywnik sprawdzały się doskonale.
W różnorodności siła:)

13:24, planshow
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 16 czerwca 2008
1-4 czerwca 2008, Myślenice, nasze mieszkanie

31. maja o godzinie 19.20 urodził się nam synek. Ważący 3,5 kg i mierzący 55 cm brzdąc to oczywiście okazja do spożycia tego i owego, lecz ja, jako fan planszówek, pomyślałem sobie, że dużo lepiej jest zamiast tego tematu upijania się (co było w planach wcześniej) - po prostu pograć w planszówki.
 Pierwszego dnia (1. czerwca) usiedliśmy do "Jenseits von Theben". Można mówić o tej grze, że jest losowa, że nierówno się karty rozkładają, że nie ma kontroli od początku do końca. Ja lubię - i wydaje mi się, że tą rozgrywką udowodniłem, jak bardzo krzywdzące są te opinie. Zbierałem sobie po równo wszystkich lokacji, lecz w efekcie skupiłem się na Krecie i Palestynie, obserwując swoją przewagę w tych wskazówkach. Zdobyłem trzy kongresy i powoli zaczął kończyć się rok, więc wylądowałem w Krecie, gdzie kopałem do końca roku. Powtórzyłem tę akcję i okazało się, że wykopałem prawie wszystko. Następnie poszedłem do Palestyny (jedynej nie ruszanej jeszcze) i znów mi się powiodło - na 7 elementów wyciągnąłem 5 pełnych. Zyskałem tym wskazówki, więc powłóczyłem się tu i tam, zbierając kongresy, wystawy i na koniec roku pokopałem tu i ówdzie, aż skończył się czas.
"JvT" to jedna z moich ulubionych gier, świetnie symulująca pracę archeologa, gdzie dużo więcej, niż byśmy chcieli, zależy jednak od szczęścia. Tym razem wygrałem i zawdzięczam to jedynie ciężkiej pracy, kombinowaniu w zdobywaniu punktów alternatywnych oraz skracaniu maksymalnie drogi po wskazówki. Owszem, trochę szczęściu, ale jest to dla mnie jedna z największych zalet tej gry.
 We wtorek (3.06) usiedliśmy sobie znów do gry. Tym razem na stół wyjechała "Cuba". Dla mnie: potężna gra o świetnej mechanice, mocno decyzyjna i świetnie zorganizowana. Graliśmy w pięciu i szybko się wyjaśniło, kto co chce robić. Ja wszedłem natychmiast ostro w tytoń i okazało się, że kontroluję większość rynku tytoniu. Ciągnąłem wątek, dodając sobie budynki na punkty zwycięstwa, układając je tak, że uruchamiałem wszystkie, nie bardzo sobie przeszkadzając w produkcji surowców. Zależało mi jedynie na tytoniu, więc, gdy postawiłem przetwórnię tytoniu i przetwórnię dóbr w punkty zwycięstwa, potrzebowałem jeziora, by produkować wodę i tę wymieniać na inne surowce, z których powstało jeszcze: 2VP i 6 peso za produkt. Tu jednak zrobiłem błąd, nie kontrolując tego, co wychodzi do innych oraz zupełnie zapominając o byciu pierwszym graczem, tudzież byciu choć w pobliżu zaczynającego. "Cuba" nie jest dla jednego gracza, mści się za decyzje dedykowane tylko sobie. I tak było tym razem - przegrałem z Łukaszem o 1 punkt zaledwie, gdyż nie patrzyłem na jego planszę, gdy ta produkowała mu za darmo punkty zwycięstwa. Bywa.
 Potem usiedliśmy sobie już w węższym gronie do "Marrakechu". Pierwsza gra nie udała się zupełnie, tym bardziej, że Oskar spieszył się i raz rozwaliwszy planszę, nie bardzo mógł się skupić na graniu. Tak więc zostaliśmy do grania we dwóch z Markiem. Byłem już trochę zmęczony, plus zagrało mnóstwo nieprzetrawionych emocji - przegrałem z kretesem. Tym niemniej - gra z Markiem należy do przyjemności - mnóstwo decyzji, cały czas skupienie...
Ostatnia gra, jaką była "Cytadela" w środę, nie wyszła zupełnie. Było całe mnóstwo ludzi (a miałem ochotę na "Puerto Rico"), więc gadaliśmy o tym i owym.
 Zaczęło się od "Finstere Flure": gra trwała i trwała i trwała. Decyzje podejmowano powoli, przy okazji częstokroć bez sensu, kolejność się mieszała... Wszystko przez pogaduszki, dyskusje nad ruchem, podpowiadania i kombinowanie. Nie wyprowadziłem żadnego pionka, ale nie dlatego że grałem źle, tylko z zupełnie nieprzewidywalnymi przeciwnikami, którzy robili, co chcieli, nie żeby wygrać, tylko "bo tak". Koniec końców - porażka.
 Nie lepiej było z wyciągniętą później "Cytadelą". Tu już rozciągnięcie własnej tury przeszło wszelkie granice, do tego stopnia, że musiałem uspokajać współgraczy, pytając, czy przyszli grać, czy gadać. W efekcie pierwszorzędnym pomysłem okazała się klepsydra z "Drachengolda" - wprowadziła skupienie i przyspieszenie do normalnego trybu "Cytadeli", która i tak trwała ponad 2 godziny.
Zniechęciło mnie to co nieco do grania na jakiś czas, przynajmniej w tym towarzystwie, stąd skupiłem się na obserwowaniu rynku i pomysłach na kolejne pozycje do kolekcji.
W niedzielę, gdy Żona z Małym wychodzili do domu, z tej okazji w ramach prezentu (poza czekoladkami dla pań pielęgniarek i kwiatami dla p. doktor) kupiłem Żonie książkę, a sobie... "Niagarę" o 20 PLN taniej:) . Nie bardzo lubię, tym niemniej - do pogrania z Dzidziusiem będzie idealna. Pewnie za kilka lat, ale wszyscy doświadczeni mówią mi: minie jak z bicza strzelił. Pewnie mają rację. Poza tym: gdzie ja kupię tę grę za 4 lata?

10:57, planshow
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 28 kwietnia 2008
Prawie weekend: 24-26.04.2008

Nie mogłem, a po prawdzie też trochę nie chciałem być w Caffe Latte, stąd trzeba było wykombinować coś nowego.
Na początek więc umówiłem się ze swoim przyjacielem Piterkiem w "Śródziemiu" na czwartek, co by pacnąć grę jakąś. Miałem z sobą "Alhambrę", "Lascaux" i "Gangstera", przy okazji mając ochotę na "Hanafudę". Piotr wziął "Cytadelę" i "Apache", do tego jednak instrukcji nikt nie czytał. Beata przyniosła "Fasolki", przyprowadzając przyjaciółkę, a pojawił się jeszcze Bartek z bratem Łukaszem z mojej myślenickiej ekipy i w tej ekipie mogliśmy zasiąść do partyjki.
 Zdecydowaliśmy, że najpierw do gry wejdzie "Cytadela", którą o dziwo (a może dlatego, że siedziałem cicho) wygrałem, choć powinniśmy grać jeszcze turkę, tym niemniej - jako że w "Śródziemiu" była impreza zamknięta - zmieniliśmy lokal na "Trampub", mieszczący się na Stolarskiej. Knajpka i nawet będzie, choć te klimaty do ulubionej knajpy od gier się nie umywają.  Tu wyciągnąłem "Alhambrę" - dawno nie grałem w tę świetną gierkę. Każdy z graczy próbuje zbudować jak największe i najlepsze miasto, z elementów, które kupuje się na rynku. Można wziąć pieniądze, kupić coś na rynku lub zmienić zabudowę alhambry. Zabawa jest świetna, a to co o grze napisałem, ledwie muska temat. Przegrałem sromotnie, wlekąc się na końcu stawki.

W piątek umówiliśmy się na granie w Myślenicach z paroma dawnymi znajomymi, przy okazji pragnąc wódeczkę wychylić.
 Na początek dwie partyjki rozegraliśmy w "Marrakech", gdzie to się zorientowałem, z kim więcej nie siadać do tej gry. Takiego fartuchostwa dawno nie widziałem:) Sama w sobie gra wybitnie sympatyczna, bawiliśmy się dobrze, choć losowość wzięła tutaj górę zupełnie;)
Hitem imprezy okazała się, rozgrywana pojedynczo, gra "Labirynt", zakupiona za 30PLN w sklepie z zabawkami w Myślenicach. Całość to drewniane pudełko, posiadające dwa pokrętła, którymi steruje się planszą: przód-tył i prawo-lewo. Gra polega na tym, by przeprowadzić kulkę przez drogę wyrysowaną na planszy, omijając przy okazji dziury, w które może wpaść nasza kuleczka. Ustaliliśmy dwie gry (są dwie kulki), przy czym liczymy najlepszy wynik. Kolejka rzadko się zmniejszała, chyba że uzupełnialiśmy płyny wodą ognistą - na moment topniała. Większość soboty również upłynęła na stukaniu w gierkę.

Sobota to jednak wizyta Piterka z żoną. Oprócz przepysznie spędzonego czasu (po części dlatego, że obiad był pyszny;) ) zagraliśmy w dwie gry. Wcześniej Piterek poczuł  miętę do "Labiryntu", a nasza kota - miętę do niego:)
 Zagraliśmy we trójkę (Żonka nie chciała) w "Lascaux", które wygrałem bezapelacyjnie oraz "Gangstera", którego bezapelacyjnie przegrałem.
 Obie gry pojawią się wkrótce na portalu "Gry-planszowe.pl" jako recenzje, więc na razie nie będę opisywać.
Następne granie już w środę;)

11:27, planshow
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 8