Blog > Komentarze do wpisu
09.06.2006 - Pionek III, Gliwice

Wyjechaliśmy z Krakowa nieco później, niż obliczałem (8.10, nie 8.00, tym niemniej nic się nie stało - Żona śmiała się, że i tak od 5 nie śpię;) ). Dojechaliśmy na spokojnie o 10, nieco błądząc po Gliwicach (jak to jest, że Z Pionka jedzie się tak prosto a NA Pionka tak skomplikowanie?)
Na papierosie jeszcze przed wejściem spotkaliśmy powitało nas "Ja brzoza, ja brzoza, grab, jak mnie słyszysz" (WC z żoną), po czym mocną krakowską ekipą (dwie Agi, Julka, Uiek i ja) wkroczyliśmy na salę. Tu pierwsze moje zaskoczenie - dopiero godzinę trwała impreza, a tu JUŻ ledwo znaleźliśmy stolik. Tu oczywiście Ignacy dwoił się i troił wciąż wyczarowując skądś krzesła i stoły.
 Aga znikła przy "Kragmorcie" (tak już jest jak widzi tę grę), więc zasiedliśmy z Ignacym do tłumaczenia zasad "Spank the monkey" - zakochałem się w samym tytule. Trzewik jak zwykle spradził się doskonale w tłumaczeniu, lecz sama w sobie gra nie przypadła nam do gustu. Chodzi o to, że gdzieś tam ucieka małpa, więc z tego co mamy pod ręką, buduje się wieżę, stawiając ją ze złomu roweru, wyrzuconej lodówki, neonu i podobnych rzeczy. Celem gry jest postawić tyle poziomów, by znaleźć się na tym samym co małpa i próbować ją złapać, więc rzucić kostką. Oczywiście nasi koledzy tak samo - więc trzeba by chwiejną wieżę zniszczyć... Sama tematyka - ok. Mechanika - ok. Jakoś jednak nam nie siadło granie z taką liczbą opisów, kart specjalnych, któych trzeba się uczyć, więc - wstyd się przyznać, nie skończyliśmy partii.
Chcąc się nieco zrehabilitować zagraliśmy dwie partie we wczorajszy (notka z Caffe Latte wkrótce) przebój wieczoru - "Portobello Market". Gra ma prościutki mechanizm - mamy stawiać kramy w miejscu, gdzie jest policjant, a gdy przychodzą klienci - punktujemy. Oczywiście można przestawiać policjanta... ale co dziś nie kosztuje. Świetne połączenie strategii, zabawy, gry familijnej, choć można tu wiele namieszać. Ta gra po prostu jest wspaniałą zabawą, otwierającą całe mnóstwo ciekawych możliwości, dlatego znajduje się na liście zakupów z bardzo wysokim priorytetem.
Potem wzięliśmy ze stołu "Toru", którego nikt nie znał, a że zasady są tylko w języku niemieckim - znaleźliśmy specjalistę. Al wytłumaczył sprawę dość szybko - wiele więcej czasu zajęło wyszukiwanie CZYM mamy grać:) Gra sama w sobie - prościutka: mamy kilka kolorów (w sensie: tygrys, wilk, owad) oraz smoki, których jest mniej o 1 niż graczy. Kolory są również dostosowane liczbą do graczy. Każdy zatem dostaje - podstawkę do punktacji, siedem żetonów i kolor smoka - nieznany graczom. Celem jest ułożenie czterech kart jednego i trzech drugiego koloru. Robi się to, podając żeton graczowi po lewej i krzycząc TO, w prawo - RU. Gdy dostajemy full, czyli kombinację 4+3, krzyczymy TORU i łapiemy za swojego smoka. Proste? W ferworze walki to nie jest łatwe:) zapamiętać prosty kolor smoka, szczególnie, gdy w ułamku sekundy trzeba chwytać smoka, bo to daje punkt. Punktacja: dwa punkty za full i smoka, punkt za smoka, zero - za brak smoka, - 2 za złapanie nieprawidłowego. Gra się do 8 punktów. Zabawa tak nam się podobała, że kupiliśmy własny egzemplarz. Pewnie trochę zmodyfikujemy zasady, ale warto grę mieć dla samych smoków.
 Tu nastąpił mały rozdział - Żona z Julką i dwójką naszych znajomych z poprzedniego Pionka usiadła do "Wilków i owiec", ale jedno z nich - Łukasza - przekonał właśnie rozkładany przeze mnie "Cash'n'Guns". Graliśmy dwie partie - standardową i rozszerzoną. W pierwszej Marek był poszkodowany, bo zginął po pierwszym podziale łupów. O co zatem chodzi - dla przypomnienia: bandyci dzielą łup, dochodzi zatem do rękoczynów. Każdy z graczy dostaje 8 kart (gra się 8 tur) i pistolet. Gra toczy się wg schematu: wystawiamy zakrytą kartę, decydując czy strzelamy, czy blefujemy, wyciągamy pistolet w czyjąś stronę, jeśli zbyt wiele osób mierzy w nas - możemy stchórzyć i patrzymy, co wystawiliśmy. Gdy ktoś dostanie strzał - otrzymuje ranę. W drugiej turze wprowadza się postaci oraz specjalne zdolności, o czym szkoda się rozpisywać, poza informacją - że jest duuuużo weselej. Bawiliśmy się genialnie.
 Umówiłem się na obiad z Żoną i swoją ekipą poza Uikiem, zaopatrzonym w kanapki. Jako że skończyło się szybciej, niż "Wilki i owce", dałem się Uikowi namówić na "Knock! Knock!". Mamy 5 kart na początku z postaciami dobrymi (Vampir, Duch itp) i złymi (Wamp, Frajer, Śmierć). Robimy imprezę w Halloween, więc chcemy jak najlepszą mieć. Problem, że wystawiamy karty... współgraczom, pukając do drzwi ICH imprezy. Ci decydują, czy wpuścić nas, czy nie. Wpuści - dostaje to, co wpuścił. Jeśli nie - my wpuszczamy tegoż typa. Niby proste, ale pośród wielu gier Faiduttiego ta stoi bardzo wysoko w moim rankingu, choć bardzo niepozorna.
 Po przerwie na obiad w pobliskim barze (baaaardzo dobre) Uiek dopadł nas z kolejnym przebojem tego Pionka - "Eiertanzem". Opisał sprawę dokładnie na swoim blogu , więc ja się już powtarzać nie będę. Tym niemniej... Gra zrobiła piorunujące wrażenie na mnie. Jest podobna do "Kragmorthy" (wiem, wiem - odwrotnie jest), lecz nie nudziła się. Nie wiem, ile razy graliśmy. Wiem, że na pewno pokazaliśmy, że stosuje się równie dobrze do 6 i więcej osób. Tyle, że robi się dłużej, ale komu przeszkadza?
Postanowiłem poszukać graczy do "Pól naftowych" (Uiek, nie zapomnę Ci wrednych komentarzy:) ) lecz Kwiatosz, z którym się umawiałem - nie dojechał jeszcze. Pomysł na razie upadł. Dopadłem się do gier i podczas przeszukiwania sterty, gdy już prawie wybrałem "MagBlasta", spotkałem Adama, kt
óry przyprowadził syna (Maksym). Jako że nie bardzo mogli się znaleźć - na początek - zabrałem ich do stolika, gdzie akurat kończył się "Eiertanz" i tak oto wpasowaliśmy się w kolejną rozgrywkę. Max chyba najlepiej się bawił z tego wszystkiego, patrząc, jak tata próbuje utrzymać w pewnym momencie 5 jajek:)
Po kilku szybkich partiach (śmiechu co niemiara), przyniosłem "Coloretto", celem pogrania w nieśmiertelnego "Pita" (Uiek: ooooo, widzę, że gracie w "Pola"). Zabawa w osób 7 była przednia, a chwilę potem krzyki i porykiwania "Jedna!!!" "Dwie, kto dwie???", "Trzy, trzy, trzyyyyy!!!!" przeniosły się na drugą stronę stołu.
Skoro nauczyliśmy się wymian, nic nie stanęło na przedzkodzie jeszcze jednej partyki "Toru", które moją Żonkę urzekło (Uiek: Andre, ciekawe widzę te "Pola naftowe"). Sam nie twierdzę, że ze mną jest inaczej:) - szczególnie te smoki są po prostu słodziutkie.
 Jako że towarzystwo  już się rozgrzało co nieco - postanowiłem wyciągnąć ze sterty "Santy Anno" (Uiek: To zagram już z wami w te "Pola naftowe"). Z niejaką zazdrością dostrzegłem dodatek - niestety, nie zrobiłem zdjęć, by stworzyć samoróbkę:( Sama gra była przyjemna i było ogromną radością patrzeć, jak Max, z początku nieco zagubiony, z tury na turę coraz lepiej sobie radził. Pierwszy raz graliśmy dokładnie wg zasad, z bieganiem wokół stołu - było czadowo. Dodatkowo, funkcję Bosmana pełniła moja Żona. Niestety jednak - o samej grze potwierdziły się moje najgorsze przypuszczenia - jest duża różnica między graczem początkującym, a już znającym grę. Mimo że Łukasz, dość stały współgracz, jak zwykle:), radził sobie nieźle - to jednak w porównaniu z "Cash'n'Guns" ta gra dla początkujących się nie bardzo nadaje... w założeniu, że grają już znający sprawę. Tak więc po prawdzie to wygrałem w Uikiem jedynie.
 Z niejakim zdziwieniem zauważyłem, że już prawie 17, więc - jako że chciałem wziąć udział w konkursie - postanowiłem co najwyżej w coś szybkiego zagrać. I akurat znalazłem ludzi chętnych na "Time is Money" (Uiek: Oooo, Andre znalazłeś graczy do "Pól").  Gra tym razem była samoróbką WC, który w "tem temacie" jest specjalistą. Udowodnił to zresztą i tym razem, bo banknoty z podobizną Tytusa i sygnowane szyldem Banku Humoru (podrabianie karane 5 latami chichotu) są genialne. Zabawa była zatem przednia, choć przyzwyczajenie do kolorów z oryginału jednak wzięło górę i ciężko mi się pieniądze zbierało, tym bardziej, że coś nie chciały wypadać plusy.
Potem był konkurs, który okazał się konkursem drużynowym. Jako krakowska ekipa wystąpiliśmy z "tym cyborgiem Uikiem" (opinia WC;) ). Pytania były różne, od twórcy 2F Spiele do wymienienia gier na każdą literkę alfabetu. Modląc się o pytania tylko nie z "Neuroshimy Hex", znaliśmy jednak większość odpowiedzi. Mówiąc dokładniej: Uiek odpowiadał w ciągu pytania najczęściej, a ja kojarzyłem po chwili, co oczywiście nie przeszkadzało mi podpowiadać. Gdybym występował sam pewnie na jednym lub dwóch pytaniach bym się wysypał - na szczęście jednak żadne z nich nie należało do nas. Byliśmy zgranym teamem: nigdy nie grałem w "Abalone", a Uiek wykorzystuje je do wielu gier, więc pytanie ile jest kulek w grze było wspaniałym przykładem współpracy (Uiek: 3+5+6, Ja: 14). Najcudowniej jednak pojechaliśmy w dogrywce: Ignacy stworzył tekst, w którym ukrył tytuły kilku gier. Nasi przeciwnicy znaleźli 8, my: 12, a sam organizator pytania ukrył gier... 10:) Tak więc jako lepsi niż sam Trzewik (ponad normę były: "Carcassonne: Zamek" oraz "Dyliżans", który jak się okazało, wyszedł w roku... 1961:) ), wybraliśmy sobie nagrody: Uiek "Superfarmera", ja zaś "Wilki i owce". Potem była chwila dla fotoreporterów i wróciliśmy do grania. 
 Jako że Kwiatosz zajął zaszczytne miejsce za nami, a sam również ma do napisania recenzję "Pól naftowych", nie odmówił rozgrywki, a co więcej - siadło do niej z nami jeszcze dwóch ludzi, w tym bezkonkurencyjny we wszystko, w co z nim grałem, Wojtek. Wygrał i tym razem, ale po kolei. Nie udało mi się zagrać, bo wydawało się wszystkim, że gra jest skomplikowana przestrasznie, poza tym pewnie długa i wlecze się kilometrowo. Okazało się jednak, że gra, choć ma 10 (!) części tury, to większość z nich to rzuty kostką, przeczytanie czegoś lub po prostu policzenie, ile baryłek nam się należy. Po przeczytaniu zasad wydawało się, że tragedią będzie ustawienie wszystkich kosztów, cen baryłek i całego tego stuffu. W praktyce wszystko poszło sprawnie i choć zaczęliśmy grać we 4 po 19, wliczając przerwę na tłumaczenie zasad (tutaj i "Toru" przy innym stoliku) - wyszło że skończyliśmy około 20.
(!!!Przepraszam, że musieliście czekać!!!) Gra zrobiła więc na mnie pozytywne wrażenie i postaram się ją w "Śródziemiu pokazać". Wtedy też napiszę więcej, bo tu tyle wrażeń zostało, tyle do powiedzenia, tyle słów...
Generalnie wyjeżdżaliśmy więc z "Pionka" numer 3 zmęczeni (10 godzin grania), ale zadowoleni. Szkoda, że nie było nowego numeru "Świata Gier Planszowych", szkoda, że nie zagraliśmy w tyle jeszcze gier, szkoda, że wszystko trwało tak krótko.
Trzewik obiecał, że następny "Pionek" będzie dwudniowy, więc nic, tylko czekać... Aż trzy miesiące.
Warto było pojechać, warto było być.
Galeria wkrótce.

wtorek, 12 czerwca 2007, planshow

Polecane wpisy

  • 6:1 czyli "51. Stan*" po raz kolejny

    Znów udało się spotkać i porozmawiać przy okazji pogrania w planszówki. Obowiązywał zestaw z poprzednich tygodni. Na początek, jako że tym razem było nas tylko

  • 5:1 ewentualnie 51:)

    Zagraliśmy tym razem w dwie gry. Pierwsza z nich (choć historycznie druga grana) to wspomniany w poprzedniej notce "Pandemic". Tym razem graliśmy we trójkę, wię

  • I nie wyszło...

    Tym z Was, którzy myśleli, że już nic ze mnie nie będzie - komunikuję, że jestem. Tym z Was, którzy tu zaglądali - dziękuję. Tym z Was, którzy wierzyli, że wróc

Komentarze
Gość: Łukasz, *.neoplus.adsl.tpnet.pl
2007/06/12 19:58:57
Dzięki ogromne za grę :). Już po raz drugi bawiliśmy się z Wami wyśmienicie! Pozdrowienia dla całej ekipy z Krakowa!